Wywiad z Patrycją Dołowy z Fundacji MaMa

zdjęcie Pat

Skąd pomysł na pracę społeczną?

U mnie to jest dziedziczne. Nie mogłabym siedzieć w domu, bo mam to poczucie, że powinnam, muszę, że mam prawo. Wcześniej podpisywałam się pod protestami, chodziłam na manifestacje, poruszałam zaangażowane tematy w mojej sztuce. Aż przyszedł moment w moim życiu ( to było wtedy, kiedy byłam w ciąży – może trochę wcześniej) – gdy i nagle poczułam, że muszę się zaangażować czynnie – po prostu wejść na te barykady, działać.

Pierwsze kroki to grupa Działam.pl. Kiedy Tomek się urodził oddaliśmy jego becikowe na Stowarzyszenie S.O.S. Same o Sobie – to był akt takiej podwójnej niezgody na politykę ówczesnego rządu zarówno wobec matek, jak i kobiet, które powinny mieć prawo do swoich wyborów. Póżniej Później była Fundacja MaMa. Zaczęło się od tego, że dziewczyny z MaMy robiły akurat swoją drugą odsłonę kampanii „O Mamma mia! Tu wózkiem nie wjadę!”, a my naszą akcję „Pamiętaj o wózku, zanim zaparkujesz”. Połączyliśmy siły i razem zrobiliśmy kampanię. I jakoś tak wyszło, że świetnie mi się z dziewczynami (Sylwią Chutnik, Anią Pietruszką – Drożdż i Julią Kubisą) robiło tę rewolucję i ku mojej radości im ze mną też, bo wkrótce zaprosiły mnie do Fundacji MaMa. Dołączyłam. To były wciąż początki fundacji – rok 2007. Fundację traktuję jak moje dziecko. Można powiedzieć, że dziewczyny to dziecko urodziły, a ja je dość szybko współadoptowałam. Kiedy się wchodzi w pracę społeczną, to już się nie może skończyć, bo staje się ona ważną częścią twojego życia i tożsamości.

Teraz dzielisz czas pomiędzy swoją pracę i fundację?

Tak. Od początku byłam podzielona – nie szłam prostą drogą. Tworzyłam sztukę, pracowałam naukowo. Pochodzę z naukowego domu. Dla mnie nauka i sztuka były zawsze podobne. Moim zdaniem wiążą się z nimi podobne pokłady kreatywności. Oczywiście narzędzia: emocje, język są różne. Interesowałam się obydwiema dziedzinami. Po maturze zamiast iść na ASP, o czym najpierw myślałam, zdecydowałam się na biologię. Porozdawałam wszystkie swoje obrazy. Jednak jeszcze tego samego lata – po egzaminach na studia – pojechałam z koleżankami i siostrą do Amsterdamu i tam zobaczyłam wystawę Nan Goldin „ I’ll be your mirror”. To było katharsis. Sztuka została ze mną. Uznałam, że oddzielanie jej byłoby głupie i sztuczne. Studiowałam biologię, potem zaczęłam rozwijać karierę naukową, a jednocześnie dostałam się do szkoły fotograficznej we Wrocławiu. Doktorat w Warszawie, studia artystyczne we Wrocławiu – miałam potrzebę, żeby te dwie rzeczy rozdzielić, też przestrzennie. Wahałam się miedzy Poznaniem, a Wrocławiem. Dostałam się do Wrocławia i bardzo się z tego cieszę, bo to fajne środowisko. Zaczęłam być z zawodu artystką i naukowczynią. Po doktoracie rzuciłam badania naukowe – zajęłam się popularyzacją nauki. Przez kilka lat kierowałam redakcją „Academii” pisma naukowego wydawanego przez PAN. Jedną nogą byłam tam, jedną nogą byłam w fundacji. No i tworzyłam. Teraz też łączę sztukę, działalność społeczną i popularyzację nauki. W fundacji i nie tylko. Niedawno uczestniczyłam w projekcie Perseidalia, w którym brali udział i naukowcy i artyści. W tym roku będzie kolejna odsłona tej niezwykłej imprezy. Współpracowałam też przy wydarzeniach „na styku” w Centrum Nauki Kopernik.

Po co robić takie działania dla ludzi już dorosłych, którzy nie są związani z nauką i kulturą?

Dlatego, że one są bardzo otwierające. Dzieci się wysyła do szkoły i często odcina im ich kreatywność. Oczywiście oficjalny przekaz jest taki, że dobrze jest być kreatywnym, ale w rzeczywistości szkoła raczej uczy ludzi odtwarzać niż stwarzać. Tymczasem i nauka i sztuka opierają się na kreatywności. Dawanie ludziom kontaktu z nauką i sztuką to dawanie im możliwości.

Co robicie teraz, co Ty robisz, co będziesz robiła? Jakie masz zamierzenia?

W fundacji na początku byłyśmy partyzantkami, rewolucjonistkami. Natomiast od kiedy mamy lokal – działania, które robiłyśmy na ulicy; kampanie społeczne, warsztaty teraz są związane z naszym lokalem. Na przykład Kawiarnia Nauki i Kultury odbywa się tu w lokalu. Jest to idea, która jest nam bliska: dając coś rodzicom, dajemy jednocześnie coś dzieciom, dając dzieciom, dajemy rodzicom. To kwestia dostępności, prawa do uczestnictwa. Spotkania dla rodziców, w czasie których nie zapewniałybyśmy jednocześnie przestrzeni dla dzieci, nie byłyby w pełni dostępne dla wielu grup rodziców np. dla samodzielnych rodziców czy wszystkich tych, którzy nie mają pomocnych dziadków „na miejscu”.

W lokalu mamy również klub mam „Wilczyca”. Od 2006 r. szerzymy ideę lokalnych klubów mam. Prowadziłyśmy działania na rzecz zakładania takich klubów, szkoliłyśmy mamy, uczyłyśmy jak działać lokalnie. Bardzo wiele klubów mam i rodziców powstało. Dziś kluby mam i rodziców są w dużych miastach powszechne. W Warszawie są kluby we wszystkich dzielnicach. Niektóre z nich przerodziły się w organizacje pozarządowe i same działają dziś na rzecz innych klubów, na rzecz rodziców. Naturalnym więc było, że gdy ruszyła nasza MaMa Cafe, ruszył w niej również klub. W ramach klubu odbywa się wiele ciekawych, bezpłatnych warsztatów dla mam. Poza tym robimy warsztaty dla kobiet poza lokalem. W tym roku kontynuujemy projekt skierowany do bezrobotnych matek; warsztaty aktywizujące. Prowadzimy też warsztaty dla uchodźczyń w ramach projektu Instytutu Spraw Publicznych we współpracy ze Stowarzyszeniem Interwencji Prawnej.
Jesteśmy dziewczynami, które nie lubią, gdy jest za łatwo, więc znów poruszamy trudne tematy. Zajęłyśmy się kwestią poronienia. Szukamy języka pozwalającego nazwać doświadczenie straty – nie tego politycznego, albo tego medycznego. Chcemy oddać głos kobietom, znaleźć w tym równowagę, zadbać, aby ich głos nie był natychmiast zawłaszczany. To jest taki nieobecny temat w przestrzeni publicznej, który chcemy przywrócić.

I druga nieobecna grupa, o której też chcemy mówić, to małoletnie matki. Ich również nie ma w przestrzeni publicznej: nie ma ich w reklamach, nie ma ich w mówieniu o macierzyństwie, nie ma warsztatów dla nastoletnich matek. A przecież ta grupa ma wiele wspólnych dla innych matek, ale jeszcze więcej specyficznych dla siebie problemów. Ruszyłyśmy z kampanią społeczną oraz infolinią skierowaną do nastoletnich mam, przy której pełnią dyżury psychologowie i prawnicy. Prowadzimy porady prawne, psychologiczne, wychowawcze, obywatelskie, coaching dla rodziców.

Odkąd mamy to miejsce, które otworzyło nas na lokalne relacje, sąsiedzkość, relacje rodzinne i pozarodzinne między pokoleniami, kontaktowanie się pokoleń, wymianę doświadczeń, szczególnie ważne stały się dla nas projekty nastawione na międzypokoleniowość.

I wreszcie nasze projekty kulturalne, które są nie mniej ważne, bo wszystkie jesteśmy artystkami. Sylwia jest pisarką, Ania Pietruszka tworzy filmy dokumentalne, ja działam w sztukach wizualnych i performatywnych. Jeśli da się coś robić razem, to robimy to razem.

Czego w Fundacji potrzebujecie? Kogo zapraszacie? W czym wam można pomóc?

Chociaż mamy teraz świetny zespół, nadal bardzo potrzebujemy ludzi, którzy chcą się zaangażować. Przyjmujemy współpracowniczki i współpracowników z otwartymi ramionami, ale też dużo od nich wymagamy, bo dużo wymagamy od siebie. Bardzo potrzebujemy specjalistów np. prawników, osób, które mogłyby nas wesprzeć w sprzedaży szkoleń (to niezwykle ważne, by fundacja mogła funkcjonować niezależnie od projektów), foundraiserów. Szukamy osób z dużą empatią, wrażliwością społeczną, a jednoczesnie jednocześnie dobrych specjalistów.

A jak wyglądają Twoje plany bardziej osobistych działań?

Część rzeczy, które będę robiła w tym roku wyrastają z „Widoczków”. „Widoczki” wzięły się z dziecięcej zabawy – zakopywania obrazków w ziemi. Ja zakopuję odlewy swojego ciała połączone z fotografiami, z tekstami. Robię ten dziwny performance w przestrzeni miasta. Obrazek powierzony ziemi już nigdy nie jest taki sam, nawet jeśli uda się go odkopać, zmienia się, ulega rozkładowi. Tak ma się dziać, bo nie chodzi tu o pomniki, ale o bycie w procesie. Bycie ze świadkami, sianie drobnych pamięci. Zapładnianie przestrzeni miasta pamięcią. Także o rytuały, odczuwanie, przeprowadzanie przeszłości na „drugą stronę”. Ujawnienie tych historii ukrytych w przestrzeni miasta, które często nie były łatwe lub wydawały się błahe.

W jaki sposób wybierasz widoczki? Miejsca, fotografie, skąd one się biorą?

„Widoczki” zaczęły się od moich osobistych historii rodzinnych. Później okazało się, że z nimi jest tak jak z pamięcią i opowieściami ustnymi. W odróżnieniu od dużej historii są one cały czas w procesie, nie są linearne, przeplatają się. Opowiadasz kawałek ludzkiej historii, drugi kawałek jest pięćdziesiąt lat później, jeszcze dalszy trzydzieści lat wcześniej. Nie ma klucza. To są kawałki opowieści, kawałki odnalezionych fragmentów, obrazów, historii, zdań. Mieszam je z przestrzenią, zakopując w różnych miejscach. Na początku wybór miejsca, gdzie je zakopywałam następował według jakiegoś logicznego klucza, a potem klucz się stawał coraz bardziej organiczny. Zakopywałam tam, gdzie czułam, że widoczek powinien się znaleźć. Ciekawe rzeczy z tego wynikają. Zaczęły się pojawiać inne historie innych ludzi, inne miasta niż moje. Niesamowite jest dla mnie to, że te historie się ciągle gdzieś stykają. W jednym mieście ktoś coś opowiada, w drugim okazuje się, że to był pradziadek kogoś, a on przyjaźnił się z osobą, która z kolei zaważyła na historii czyjejś prababci. Tego jest mnóstwo. Mam wrażenie, że otworzyłam jakąś szczelinę w ziemi, z której wychodzą duchy i się spotykają. To trochę tak, jakbym przywracała im ważność. Jakby przywracali im ważność ludzie współcześni, którzy mi świadkują. Mnożą się ci świadkowie. Spotykają się i oni i ich historie.

Z „Widoczków” wyrasta właśnie sztuka teatralna, którą piszę. Współpracuję przy niej z teatrem Pawła Passiniego neTTheatre z Lublina, a w Warszawie między innymi z Muzeum Historii Żydów i Fundacją Shalom. Pomysłodawczynią tego całego połączenia była Judy Turan – aktorka, która zagra w sztuce. Najbardziej interesuje mnie sytuacja ukrywania i bycia ukrywanym. Zależy nam, aby to było na wszystkich płaszczyznach zintegrowane. Zbieram opowieści, obrazy, strzępki historii od osób, które były w sytuacji ukrywania, rozmawiam z nimi. Niektórzy nie chcą opowiadać, bo mówią, że to mnie skrzywdzi, że chcą mnie ochronić, jeszcze inni nie chcą rozmawiać, bo sami mają lęk przed ujawnieniem, pokazaniem, pozoastają nadal w ukryciu. To ma wiele płaszczyzn, wszystkie ważne, też osobiste. „Widoczki” to mój drugi projekt związany poniekąd z babciami. Pierwsze były „Alternatywne Historie” – fotografie i instalacja. One także się w jakiś sposób ciągle splatają. Robię zdjęcia stylizowane na stare. Znajdujemy dawne fotografie i odgrywamy je na nowo. I chociaż to są osobne opowieści, wszystko się łączy.

”Widoczki” i „Alternatywne historie” zahaczają o różne miasta. Moja Warszawa, Wrocław, gdzie studiowałam fotografikę i z którym łączą się różne moje prywatne sprawy. Na wiosnę i na jesieni będę w Łodzi. Łódź jest dla mnie bardzo ważna, a jednocześnie trochę się jej boję, bo tam nie jest tak jak w Warszawie, w której wszystko zakopano i zniknęło, tam będę dotykać miejsc, które są tak widoczne. W Łodzi miejsca pozostały, pomimo nieobecności. Spory z przeszłości są widoczne w przestrzeni.

Aspekt ukrywania to nie są tylko czasy wojenne, to są historie, które nadal trwają. To jest bycie w ukryciu ludzi, którzy byli ukrywani, ale też milczenie tych, którzy ukrywali innych. Historie dotyczące ukrywania są ukryte. I to jest kolejna warstwa.

Te miejsca, które były kryjówkami, stoją i nikt nie wie, jaką funkcję pełniły, albo niszczeją, albo już ich nie ma. Czasem nie wiadomo gdzie były. To nie jest tak jak w Holandii dom Anny Frank, w którym jest teraz muzeum. W Polsce nie ma czegoś takiego. Te historie są nieobecne w przestrzeni przez kolejne pokolenia. Zacierają się. Czasem słyszę: po co ci to, po co ci te lęki. Ale ja je już mam. Można je przepracować tylko gdy się je oswobodzi. Nie przez trzymanie w ukryciu. Sztuka powstanie w tym roku. Wcześniej, we Wrocławiu będę robiła „Widoczki” w ramach projektu neTTheatre „Song s of our neighbours”, w tym czasie będą odbywały się koncerty, spotkania związane z konkretnymi historiami.

Zaczęłam też pisać coś większego związanego z widoczkami. Zbieram się od dawna. Kiedy skończę, zadecyduję, czy zamknąć to z powrotem w szufladzie, czy pokazać.

Czego sobie życzę w tym roku? Relacji z ludźmi, czasu. I nie myśleć cały czas o tym, że mam coś do zrobienia. Chciałabym robić to, co dla mnie ważne, a jednocześnie mieć równowagę.

www.nauka.patrycjadolowy.pl
www.fundacjamama.pl
www.widoczki.patrycjadolowy.pl

Rozmawiały:

Patrycja Dołowy – koordynatorka projektów i wicedyrektorka Fundacji MaMa. Popularyzatorka nauki, działaczka społeczna i artystka fotografka, z wykształcenia dr nauk przyrodniczych, absolwentka biologii na UW i fotografii artystycznej na WSF AFA.

Katarzyna Tarnowska – laickie.pl.

0
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.