Piotr Szwajcer

1. Laickość czy „multireligijność” – po pierwsze, dlaczego „czy”. Współczesne społeczeństwa Europy Zachodniej są coraz bardziej zlaicyzowane, zarazem coraz więcej rejestruje się tam kultów religijnych. Może zatem – zwracam uwagę, że to pytanie empiryczne, na które oczywiście, nie przeprowadziwszy odpowiednich badań, nie znam odpowiedzi, mogę tylko wysuwać pewne hipotezy – pluralizm wyznaniowy jest jednym z warunków laicyzacji. Oczywiście nie mówimy tu o laicyzacji wymuszonej, przeprowadzanej na przykład przez reżimy komunistyczne, bo te po prostu starały się zastąpić jeden irracjonalizm (teistyczny) innym irracjonalizmem (ateistycznym).

2. Sekularyzacja sfery publicznej czy nieograniczona swoboda w uzewnętrznianiu światopoglądu? Coś takiego jak „nieograniczona swoboda w uzewnętrznianiu światopoglądu” nie istnieje; żadnego, nie tylko religijnego. Jak rozumiem, intencją pytającego było skłonienie nas do refleksji nad tym, jak daleko posunięta integracja sfery kultu religijnego i sfery szeroko rozumianego państwa jest dopuszczalna w ustroju demokratycznym. Niestety – nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. By sięgnąć po przykład z podwórka krajowego: jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej istotnie wielokrotnie czułem się co najmniej wyobcowany w tych chwilach, gdy okazywało się, że Państwo i Kościół (katolicki) są w naszym kraju nierozdzielnie splecione i, co więcej, to ten drugi jest w momentach krytycznych ważniejszy. Wszyscy, którzy pamiętają, co działo się bezpośrednio po katastrofie Tu-154 w Smoleńsku i przy okazji pogrzebów ofiar (z których większość, niezależnie od wyznania, była funkcjonariuszami Państwa Polskiego), doskonale wiedzą, o czym mówię. Z drugiej jednak strony czuję się też nieswojo, gdy czytam o pomysłach zakazywania ludziom zatrudnionym w państwowych firmach noszenia biżuterii z symbolami religijnymi. Chyba jednak „nie tędy droga”. Pewne wartości – w tym między innymi wolność przekonań i rozdział kościoła od państwa – z definicji niejako pozostają w konflikcie i trzeba się z tym nauczyć żyć. Sekularyzm zaś na pewno nie jest dla mnie wartością najwyższą, której winny być podporządkowane wszystkie pozostałe. Chyba jednak wolność jednostki jest ważniejsza…

3. Przestrzeń państwa wolna od objawów religijnych czy wspieranie ekspresji wszystkich religijnych przekonań – jak rozumiem, chodzi tu raczej o „symbole religijne”, natomiast sformułowanie „wspieranie ekspresji wszystkich religijnych przekonań” ma tyczyć równouprawnienia wszystkich religii w sferze publicznej. Tu decydować powinna moim zdaniem zwykła praktyka (przynajmniej jeśli ktoś nie zgadza się z jednym z byłych wicepremierów Rzeczpospolitej Polskiej, który z trybuny sejmowej stwierdził, iż (skracam nieco): „nieważne, czy Polska jest bogata, ważne, by była katolicka”). Otóż tu byłbym zdecydowanie za tym, by jednak symbole religijne w urzędach i instytucjach państwowych eksponowane nie były. Z bardzo prostego powodu – nawet w Polsce zarejestrowanych jest ponad sto różnych wyznań, na świecie zaś według najnowszych danych tylko chrześcijańskich denominacji jest ponad czterdzieści tysięcy. Niech tylko co setna ma inny symbol i gdzie my wtedy to wszystko pomieścimy (chyba że Stadion Narodowy po ME). A tak poważnie – nie mnie oceniać, która religia ma rację i który bóg jest prawdziw(sz)y, a tym bardziej nie w tym celu, przynajmniej od kilkuset lat, obywatele tworzą państwa. Dwieście lat w swojej konstytucji ten problem ładnie rozwiązali Amerykanie i tu od nich bym się uczył. Rzecz jasna dodefiniowania wymaga też określenie, które elementy tej „przestrzeni państwa” mają być od symboliki religijnej wolne. Sejm, sądy, urzędy centralne… tu raczej nie mam wątpliwości. Ale co zrobić na przykład z państwowymi szpitalami. A może (to znów pytanie empiryczne) państwowa straż pożarna i państwowe służby celne lepiej wypełniają swoje obowiązki, gdy mają do dyspozycji własnych kapelanów (nieźle opłacanych z naszych pieniędzy) i gdy jeżdżą do pożaru lub szukać przemytników poświęconym samochodem. Jeśli okazałoby się, że tak jest, byłbym nawet za pozostawieniem dotychczasowych rozwiązań (bywam utylitarystą).

4. A jeżeli założenie wsparcia ekspresji przekonań religijnych, to czy niereligijnych również? W zasadzie odpowiedziałem wyżej: rolą państwa nie jest „wspieranie ekspresji przekonań”. Żadnych. Państwo może natomiast ingerować w celu uniemożliwienia wyrażania pewnych przekonań, choć tu akurat bliższy jest mi model amerykański (ściganiu podlega wyłącznie nawoływanie do przemocy) niż europejski (ustawowa penalizacja negacjonizmu), nie mówiąc już oczywiście o polskich kuriozach (p. 212 i 256 Kk, dla przykładu).

5. Jak zorganizować życie społeczne, aby nawzajem respektować swoje prawa? Szanowne laickie, nawet przy moim wyjątkowo marnym wykształceniu filozoficzno-historycznym wiem, iż na to pytanie filozofia (od greckiego złotego wieku co najmniej), a także inne dyscypliny próbują odpowiedzieć od trzech tysięcy lat (a pewnie od pięciu, czyli od powstania pierwszych miast). Odpowiadam zatem – dobrze i mądrze! (Przypomniała mi się bardzo ładna anegdotka w tym momencie. Opowiem w nieco skróconej wersji: Pewna młoda i inteligentna dziennikarka telewizyjna (jak wiemy młodość i inteligencja to powszechne przymioty dziennikarzy stacji informacyjnych) zaczepia profesora Geremka i zadaje mu jakieś wyjątkowo już inteligentne i błyskotliwe pytanie. Powiedzmy: „Co pan, jako historyk, może powiedzieć o wkładzie Polski do kultury europejskiej?”. „Ile mam czasu na odpowiedź?” – Geremek na to. „Dziesięć sekund!”. „W takim razie proszę się do mnie zgłosić za pół roku. Gdyby pozwoliła mi Pani mówić cztery godziny, moglibyśmy zacząć rozmowę natychmiast. Gdyby mi Pani dała kwadrans, potrzebowałbym pewnie miesiąca na przygotowanie”. Ponieważ, laickie, dałoś mi na przygotowanie do odpowiedzi dwa dni, poszedłem na kompromis. Otóż, jak już powiedziałem wyżej, jeżeli chcemy zorganizować życie społeczne tak, by ludzie wzajem respektowali swoje prawa, należy uchwalać dobre prawa i mądrze wprowadzać je w życie. Nie zaszkodzi też wzorować się na pewnej „złotej zasadzie”.
Jak określić granice? – To już zupełnie jak, „Jak żyć, panie premierze?”, o co spytał pewien słynny paprykarz. A teraz poważniej. Zawsze granicą twojej wolności jest mój nos. Pytanie tylko, gdzie ten nos się zaczyna, jak wiemy bowiem, niektórzy mają baaardzo długie nosy…

Tak naprawdę mamy tu zatem dwa pytania. Pytanie pierwsze, o granice formalne, czyli ustawodawstwo. Trochę na ten temat było już wyżej. Dla mnie rozwiązaniem, by tak rzec, wzorcowym, jest próba przynajmniej (to zawsze będzie próba i zawsze proces, nigdy stan) realizacji zasady określonej w I poprawce do amerykańskiej Konstytucji:

Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię lub zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, albo naruszających prawo do spokojnego odbywania zebrań i wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd.

Mam wrażenie na przykład, że gdyby odpowiednik takiego prawa funkcjonował w Polsce, nie mielibyśmy problemów z finansowaniem z budżetu państwa nauki religii czy wydziałów teologicznych na prywatnych (czyt: kościelnych) uniwersytetach, ani na przykład takich kuriozalnych decyzji jak uchwalanie „Roku Piotra Skargi”, by podać kilka konkretnych przykładów. Podejrzewam również, że taka legislacja automatycznie rozwiązałaby też problemy z konkordatem, licznymi pozakonstytucyjnymi „Komisjami wspólnymi” państwa i Kościoła etc. i może nawet z modłami posłów o deszcz w kaplicy sejmowej.

Ale oczywiście, jak wszyscy doskonale wiemy, ustawodawstwo to jedno, a życie społeczne (i Zeitgeist) to drugie. W końcu, nie zmieniając konstytucji, Amerykanie doszli pewnego dnia do wniosku, że sprzeczne z nią jest niewolnictwo, a około stu lat później uznali też za niekonstytucyjny zakaz przerywania ciąży. Ergo – ciągłość prawa ani zmiana prawa nie wystarczą. Tak że pytanie nie brzmi, jak określić granice, tylko jak wciąż je na nowo określać.

Mam wrażenie, że żyjemy w okresie, w którym w Polsce te granice (w rozważanym tu przez nas obszarze relacji państwo – Kościół – społeczeństwo), są właśnie na nowo definiowane i stąd między innymi odpowiedzi nawet na tak nieprecyzyjne pytania, jak te, którymi się tu zajmujemy, nabiera nowego znaczenia. Inaczej mówiąc – niewierząca mniejszość ma w tej chwili niepowtarzalną szansę, by znaleźć sobie równoprawne miejsce w przeważająco teistycznym (chrześcijańskim, katolickim…) otoczeniu. Mówię równoprawne, bo zwłaszcza u nas, w Polsce, oznaczać to musi zasadniczy przełom. W końcu zaledwie parę lat temu, już w XXI wieku, prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w oficjalnym wystąpieniu stwierdził, że „nie ma innej etyki niż etyka katolicka” (fakt, że prezydent Bush mówił znacznie gorsze bzdury; ale to akurat dość marne pocieszenie).

Zostawmy może zatem na chwilę pytanie „Jak określić granice?”, bo to problem głównie dla prawników i konstytucjonalistów, a wróćmy do uroczego skądinąd „Jak żyć?”. Otóż, szanowne laickie, uważam, że tak jak długo jeszcze nie zmienimy tu prawa (jak pokazuje przykład amerykański, nie jest to niezbędne), możemy jednak zmieniać obyczaje (Zeitgeist – pamiętacie?). Jak – dając świadectwo. Tu, na tej ziemi! „Dając świadectwo”, czyli sprzeciwiając się zawsze, gdy ktoś – często bezrefleksyjnie i na zasadzie pełnego automatyzmu – nadaje religii i/lub Kościołowi nienależne im przywileje i wskazując oraz punktując wszystkie takie przypadki. Tego zresztą mam wrażenie Kościół się dziś najbardziej obawia. Liczne ostatnio deklaracje hierarchów („atak masońsko-libertyński”, na który poskarżył się sam przewodniczący Episkopatu) stąd się biorą. Kościół – powoli, bo powoli, ale lepsze to niż nic – zaczyna być traktowany jako normalny uczestnik życia społecznego, instytucja stworzona przez człowieka i realizująca jego potrzeby. Zadaniem tych, którzy podobnie jak ja chcieliby, by ten proces się nasilał, jest poszerzanie tej przestrzeni wolności, jaką już dysponujemy, i wskazywanie, gdzie nasze wolności wciąż są naruszane. Dobrą metodą jest na przykład śmiech. Wydaje mi się (warto by to zbadać), że w tym zmieniającym się polskim Zeigeist bardzo istotnym momentem była demonstracja „przeciwników krzyża” z 2010 roku. To pierwszy masowy, spontaniczny protest w Polsce o wydźwięku jednoznacznie antykościelnym po 1939 roku. To, że „bronią” uczestników tej manifestacji był śmiech i drwina – dla mniej przynajmniej – „bezcenne”. Oczywiście nie namawiam nikogo na manifestacje uliczne, to nie moja specjalność. Namawiam tylko na zwracanie uwagi na wszystkie przypadki, gdy stykamy się z próbą dyskryminacji niewiary („obrazą uczuć niereligijnych”, chciałoby się powiedzieć). Wiem, to nie jest maksymalistyczne żądanie, ale ja też od nikogo nie żądam heroizmu. Raczej polityki małych kroków, która w demokracji wydaje mi się skuteczniejsza. Nie tylko zresztą w demokracji – od roku 1977 do 1989, czyli do upadku realnego socjalizmu, współpracowałem z największym „podziemnym” wydawnictwem w krajach komunistycznych, czyli z Niezależną Oficyną Wydawniczą NOWA. Na naszych książkach praktycznie od samego początku widniało hasło „Od nas samych zależy los wolnego słowa w Polsce”. I w jakimś stopniu rzeczywiście tak było. No więc teraz od nas samych zależy, czy we własnym kraju przestaniemy być traktowani jako obywatele drugiej kategorii (w wersji łagodniejszej „ułomni etycznie”, a w wersji wręcz przyjaznej „pozbawieni łaski wiary”), bo jakoś trudno nam uwierzyć w to, że dwa tysiące lat temu jakiś byt sam się spłodził, a potem popełnił samobójstwo, by w ten sposób „odkupić grzech” naszego nigdy nieistniejącego przodka.

Jeszcze jedno uzupełnienie na koniec, niezbędne chyba, bo kilka razy już musiałem to nieporozumienie wyjaśniać. Czy ja domagam się „równouprawnienia” wierzących i niewierzących? Nie! Naprawdę nie chcę, by „obraza uczuć niereligijnych” stanowiła podstawę do wsadzenia kogoś do więzienia na dwa lata! Religia długo jeszcze, a zapewne nigdy nie zniknie z ludzkich społeczeństw i to, czego bym chciał („I had a dream”, aż chciałoby się w tym momencie powiedzieć), to świat w którym pytanie o równouprawnienie wierzących i niewierzących ma tyle samo sensu, co pytanie o równouprawnienie niebieskookich i szarookich.

Czego zaś nie chcę (i czemu na swój skromny sposób staram się przeciwstawiać), to żyć w kraju, w którym Komitet Nauk Biologicznych Polskiej Akademii Nauk w oświadczeniu wydanym w proteście przeciw stwierdzeniu urzędującego Wiceministra Edukacji Narodowej (chwała zresztą, że zaprotestowali), że „teoria ewolucji to kłamstwo równe kłamstwu katyńskiemu”, jako najwyższy autorytet, którego głos ma rozstrzygać o tym, czy ewolucja jest faktem, przywołuje… Jana Pawła II (i problem nie w tym, że jest mitem, jakoby JPII zaakceptował ewolucjonizm).

Zatem do dzieła, drodzy laiccy. Można na przykład zacząć od tego, że każdy zacznie namawiać swoich niewierzących znajomych, by przestali brać kościelne śluby i chrzcić dzieci…

Piotr J. Szwajcer

0
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.