Moja laickość. Dominika Jędrzejczyk

dominika 80x80a

Jako że to mój pierwszy tekst o laickości, który macie okazję czytać na tym portalu, pozwolę sobie przemycić do niego trochę prywaty. Może nawet więcej niż tylko „trochę”. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, bo przecież każdy człowiek ma prawo do błędu.
Przyznanie się młodego człowieka do agnostycyzmu/ateizmu może budzić różne reakcje w jego najbliższej rodzinie: od ironicznego pobłażania do świętego oburzenia. Moi bliscy (patrz: dziadkowie, bo rodzice przyjęli moją deklarację ze spokojem i zrozumieniem, za co chwała im!) chyba potraktowali je w kategoriach młodzieńczej fanaberii, chwilowego kaprysu, do którego nie należy się przyzwyczajać, bo za parę dni nikt już nie będzie o nim pamiętał. Ze mną włącznie. Obyło się zatem bez oskarżeń o „bezbożnictwo”, z którymi spotkało się kilkoro moich znajomych (swoją drogą, nie bardzo rozumiem, co złego jest w owym „bezbożnictwie” przecież to termin zupełnie neutralny).

Niewierzących traktuje się często jako idących na łatwiznę egoistów, nieskłonnych do poświęceń dla innych, czy do przyjęcia na wiarę niczym niepodpartych zasad współżycia społecznego, które ktoś (w domyśle: Bóg) parę tysięcy lat temu uznał za jedynie słuszne i obowiązujące. Problem jednak w tym, że to raczej wierzących – w przypadku naszego kraju są to głównie katolicy, więc do nich pozwolę sobie się odnosić – można uznać za biernych i tchórzliwych. Zaprawdę powiadam Wam bowiem, że podczas gdy ateista/agnostyk jest zmuszony ponosić odpowiedzialność za swoje czyny i pokornie znosić ich konsekwencje, o tyle wierzący zawsze może oprzeć się na boskim autorytecie i miłości, a w najgorszym przypadku – na cudownym ludzkim wynalazku, jakim jest sakrament pokuty, popularnie zwany spowiedzią (pokutą nazywa się go chyba dlatego, że wierzący przeżywają to rzadkie uczucie jedynie w konfesjonale). Wszystkie, nawet najgorsze winy, idą w niepamięć z chwilą symbolicznego odpuszczenia grzechów, można się zatem niczym nie przejmować i używać sobie za wsze czasy. Za tydzień znowu się pójdzie do spowiedzi. A żebyście nie powiedzieli, że to tylko moja czcza gadanina i antyklerykalne pieniactwo, podam pewien przykład (dobrze, jednostkowy, może nie powinnam wyciągać wniosków na podstawie jednego jedynie przykładu, ale wydaje mi się on dobrą ilustracją dla ogólnej tendencji). Otóż w rodzinie pewnej mojej koleżanki (a ma ona już męża i dzieci; ja nie mam, ale jakoś nie czuję się z tego powodu gorsza) wszystkie problemy załatwia się w konfesjonale lub, ewentualnie, na pielgrzymkach. Dzieci zawsze można wysłać na tydzień do podkrakowskiego klasztoru, gdzie mogą gruntownie przemyśleć sobie swoje postępowanie (rodzice maja wtedy „wolną chatę”). O terapii małżeńskiej czy wizycie u psychologa nie ma co nawet wspominać – w mniemaniu mojej znajomej byłoby to publiczne przyznanie się do klęski wychowawczej. Lepiej zamknąć problemy w czterech ścianach kościoła – bo i bardziej anonimowo, i bardziej metafizycznie. A że mniej skutecznie – kogo to obchodzi?

W Polsce rozdział Kościoła od państwa gwarantuje Konstytucja z 1997 roku. W teorii oznacza to, że nasz kraj jest świecki – szczegóły relacji z Kościołem reguluje konkordat z Watykanem z 1993 roku; w praktyce zaś młodzi ludzie często muszą uczestniczyć w zajęciach z religii, bo szkołom brakuje etyków, a rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego świętuje się także uroczystą mszą świętą. Można w niej oczywiście nie uczestniczyć, ale nierzadko grozi to społecznym ostracyzmem, zwłaszcza w mniejszych miastach, gdzie religijność młodzieży ma często charakter pokazowy i elitarny. Młodzi jeżdżą na czuwania, wspólne modlitwy i pielgrzymki – ci, którzy się na nie nie wybierają, w naturalny sposób wypadają tak z kręgu znajomych, jak i z systemu rówieśniczego obiegu informacji. To jak z oglądaniem popularnych seriali czy posiadaniem najnowszego sprzętu – nie masz iPoda – jesteś dziwny; nie istniejesz na Facebooku – to tak, jakby cię nie było w realu; nie jechałeś 30 godzin autokarem do Barcelony na zlot młodzieży – nie wiesz, czym jest życie. Katolicka aksjologia jest nam imprintowana od małego, a wszystko, co się w niej nie mieści otrzymuje łatkę „herezji” lub „satanizmu”. Przy tym wszystkim nie widzimy sprzeczności czy hipokryzji w tym, że w stosunku do sąsiadów z bloku obok odczuwamy Schadenfreude zamiast miłości bliźniego, a ksiądz z ambony potępia jednych polityków (na przykład, ale jest to przykład zupełnie abstrakcyjny, za kontakty z tzw. „Żydokomuną”, czy zaprzedanie się Niemcom, a w wersji bardziej hardcorowej – Rosji), wskazując przy tym, że trzeba wybierać „polskich” polityków. Okazuje się, że istnieją ludzie bardzie „polscy” i mniej „polscy”, a kryterium „polskości” jest tutaj oczywiście żarliwość religijna, umiłowanie patriotyzmu w ujęciu zbliżonym bardziej do nacjonalizmu, tradycjonalizm itp. Nie przypomina to raczej zestawu cech idealnego katolika.

Państwo laickie to dla mnie takie, w którym w urzędach nie wiszą krzyże, księża nie prowadzą agitacji politycznej, a wszystkie religie wzajemnie się szanują, przy czym żadna z nich nie góruje nad innymi w sensie materialnym – tak w zakresie posiadanego majątku ziemskiego, jak i aktywów pieniężnych, spory międzyludzkie zaś dotyczą spraw merytorycznych, a nie światopoglądu religijnego czy filozoficznego. To wreszcie takie państwo, w którym place przykościelne nie służą do zbierania podpisów za usunięciem niechcianego (bo nie wiadomo właściwie dlaczego, „satanistycznego”) artysty z publicznej telewizji, co w trybie natychmiastowym zmusza niezawisłe i eksperckie organa państwowe (w tym przypadku Krajową Radę Radiofonii i Telewizji) do „przyjrzenia się tej sprawie”. To państwo, w którym zakonnicy i księża nie prowadzą działalności medialno – oświatowej (sic!) i nie mają aspiracji do zakładania prywatnych spółek energetycznych. Polska chyba takim państwem jeszcze nie jest. I nic nie zapowiada, żeby w tej kwestii coś miało się zmienić. Większość polityków boi się rozliczeń z Kościołem, a ci, którzy reagują, robią z tego happening polityczny, wykorzystywany potem w kampanii wyborczej. Kościół to wciąż siła mocno oddziałująca na myśli i poglądy Polaków – atak na niego to sprzeniewierzenie się praktycznie każdemu elektoratowi. I to nie tylko dlatego, że większość Narodu utożsamia się z głoszonymi przez religię katolicką poglądami, ale także ze względu na rolę polityczną, jaką w historii naszego kraju odegrały instytucje kościelne. Dzięki tej spuściźnie mają one i dziś szczególną pozycję.

Miało być „trochę” prywatnie, a było i prywatnie, i publicznie. Mam nadzieję, że nikt nie weźmie mi tego za złe, tak po prostu wyszło. Na zakończenie powiem tylko, że w Polsce czasem tak trudno jest być zdeklarowanym ateistą/agnostykiem, jak trudno jest być dobrym, nie fanatycznie wierzącym katolikiem. Pod wieloma względami jesteśmy podobni.

Dominika Jędrzejczyk – studentka studiów międzywydziałowych na UW, pasjonatka dobrej literatury i zielonej herbaty, którą pije prawie hektolitrami. Z natury jest samotniczką, nie stroni jednak od większych zbiorowości ludzkich. Nie uprawia żadnych sportów, bo nie czuje takiej potrzeby. Lubi za to długo spać.

2
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.