LETNIE WYPLUWAM Z UST – rozmowa z Piotrem Siekluckim, dyrektorem Teatru Nowego w Krakowie

images

Wpisałam wczoraj w wyszukiwarkę internetową słowo „skandalizujący”. Wiesz, co wyświetliło mi się jako pierwsze?

Co?

Odnośnik do wywiadu z Tobą. Nie można trochę grzeczniej…?

Można, tylko po co? Nie zastanawiałem się nad tym, czy można grzeczniej, czy nie. Wszystkie działania, które podejmujemy wspólnie z Tomkiem Kireńczukiem, który jest dyrektorem programowym Teatru Nowego, odpowiadają naszemu poczuciu wartości, naszemu światopoglądowi. Nie myślimy o tym, czy coś jest skandalizujące czy nie, a raczej czy jest na tyle ciekawe i na tyle atrakcyjne, że przyciągnie widzów. Nigdy nie zamierzaliśmy robić teatru skandalizującego ani teatru prowokującego, tylko po prostu dobry teatr. To jest zasada, którą się kierujemy. Oczywiście teatr jest zawsze wielkim znakiem zapytania i pewnego rodzaju ryzykiem. Kiedy młody reżyser, debiutant, robił spektakl, zagraliśmy tylko premierę, bo stwierdziliśmy, że nie odpowiada to naszym standardom, kolokwialnie: że jest nie nasze. W innym teatrze to nie do pomyślenia, bo nawet złe rzeczy muszą iść i tym samym katuje się widzów do nieprzytomności.

Niejednokrotnie pytano Cię o to, czy publiczność jest gotowa na TAKIE spektakle, ale przecież spotykałeś się z niezrozumieniem nie ze strony widzów, ale ze strony kolegów po fachu. Aktorzy okazywali się zbyt zachowawczy, by zagrać w „Lubiewie”, dyrektor teatru w Kielcach wycofał Twoją sztukę z repertuaru…

To, że jesteśmy skandalizujący, bardziej podkręca środowisko aktorów, reżyserów, dziennikarzy, niż samą publiczność. Widzowie, którzy do nas przychodzą rzadko są wstrząśnięci, bo świadomie wybierają ten teatr i dany w nim spektakl. Podczas „Gniewu dzieci” parę osób opuściło widownię, bo nie godzi się takich rzeczy robić na scenie. Ale to jest ich system wartości, który nie pozwala im oglądać tego, że ksiądz za przeproszeniem je… małego chłopca. To jest ich decyzja. Nic nam do tego. Rzeczywiście z aktorami częściej mamy problem. Udziału w „Gniewie Dzieci” odmawiali studenci szkoły teatralnej po przeczytaniu scenariusza czy nawet w trakcie prób. To raczej środowisko teatralne i media od nas odchodzą, a nie potencjalni widzowie.

Żaden teatr do tej pory nie podjął w swojej sztuce tematu pedofilii w kościele. Wy zrobiliście to w najbardziej sklerykalizowanym mieście w Polsce. O czym tak naprawdę chcieliście opowiedzieć?

Tutaj sprawa była trochę bardziej skomplikowana. Mieliśmy tworzyć ten spektakl we Wrocławskim Teatrze Współczesnym za dyrekcji Krystyny Meissner. Właściwie na dwa dni przed rozpoczęciem prób pani dyrektor jednak nie zdecydowała się, ale to z racji tego, że sama została zdymisjonowana i nie mogła już podjąć decyzji o realizacji tego projektu. Później nikt nie chciał z nami rozmawiać o takim temacie, więc postanowiliśmy zrobić to w okrojonej wersji u nas w teatrze. Dlaczego w Krakowie? Myślę, że to ważny punkt na kulturalnej mapie Polski, klerykalnej mapie Polski. To działanie sprowokowało, niektórych zniesmaczyło, ale wszystkich tych, którzy uważają, że podjęliśmy ten problem tylko i wyłącznie dla prowokacji czy skandalu zapraszam na spektakl, niech sami to skonfrontują.

Najczęściej krytykują Was osoby, które nigdy w Nowym nie były.

Tak było z „Lubiewem”, tak było z „Gniewem Dzieci”. Wydaje mi się, że bardziej obrazoburczy jest spektakl Radka Rychcika „Część I: Bóg” niż „Gniew Dzieci”. My nie pytamy, czy Bóg jest czy go nie ma, tylko pytamy dlaczego ci, którzy reprezentują Boga dopuszczają się takich uczynków. A Radek idzie w swoim spektaklu dalej. Pyta gdzie on jest, czy on k… jest, czy go k… w ogóle nie ma. Radek Rychcik jest bardziej radykalny niż ja w swojej pracy, i to Radka powinni się bać, a nie mnie.

To jest krucjata przeciw kościołowi czy raczej chęć obudzenia świadomości? W mentalności ludzkiej cały czas pokutuje stwierdzenie, że kościół nie może czynić zła, bo nie. Z założenia, bo to wbrew jego naturze.

Zostałem wychowany w duchu katolickim, moja mama jest zagorzałą katoliczką. Wierzy mocno, usilnie, tak, jak wierzy, że syn zbłądził. A ja po prostu zwątpiłem. Zwątpiłem z racji swoich doświadczeń, również seksualnych w kościele. Zwątpiłem, bo kościół sam zaczął moralizować, nakazywać i mówić mi, jak mogę uprawiać seks i z kim, i że to, co robię, jest wielkim grzechem. Kościół stał się dla mnie pyszny i arogancki… To nie jest mój kościół. Ja go nie potrzebuję, odrzucam go. Dokonuję symbolicznej apostazji.

W tamtym roku maszerowaliśmy w procesji naszego ciała. Ty jako włoski carabinieri, Tomek Kireńczuk w stroju papieża. Nawet pierścień rybaka miał misternie odtworzony. Rozpętała się burza, w świętym mieście tacy bezbożnicy!

Historia „Procesji Mojego Ciała” była bogatsza w ubiegłych latach. Zapoczątkował ją nasz dyrektor artystyczny Łukasz Błażejewski. To było jego święto, święto jego sztuki. Potem trochę to nadwyrężyłem i zrobiliśmy happening, który był spowodowany otwarciem Sibro. Mundur carabinieri kupiłem specjalnie na tę okazję wiedząc, że Tomek Kireńczuk będzie papieżem, a ktoś przecież musi go ochraniać. Kostium gwardzisty trudniej jest dostać niż carabinieri.

Ktoś poczuł się dotknięty, ale ja też mogę poczuć się obrażony, że związki jednopłciowe nazywa się zboczeniem czy czymś nienaturalnym. Dla nas to było wesele, radość, wino. Karnawał. Tylko że my, Polacy, nie jesteśmy przyzwyczajeni do dobrego karnawału, do tego, że można się przebrać, że można rozrabiać, że można się bawić. Wszystko musi być smutne. Nie sądzę, żeby gdzieś na Zachodzie czy w Brazylii kogoś obrażało to, że idą poprzebierani za księdza, mają piuskę papieską i pióra w d…. To tylko zabawa, zabawa konwenansami, zabawa strojem. Może cały ten świat jest zabawą w teatr… A czy Watykan nie jest teatrem?

Największym?

Chyba największym i najpiękniejszym zresztą…

Kiedy w Krakowie wychodzi się w stroju papieża, nikt nie patrzy przez pryzmat tego, że wcześniej na Stolicy Piotrowej zasiadał ktoś inny, że był Pius XII, teraz jest Franciszek. Dla Krakowa, w ogóle dla Polaków, każdy papież przed i po Janie Pawle II to tylko papież przechodni.

Temu nie ma się co dziwić. Do tej pory nie jesteśmy w stanie wyzwolić się z traum. Te nasze „dziady” cały czas nam wychodzą z szafy, duchy przeszłości cały czas nas gnębią, uwierają. I nie ma się czemu dziwić, że dla nas był tylko jeden papież. Papież z Polski, Wojtyła. Jest taka legenda, że Mickiewicz na spotkaniu z papieżem nie został dość godnie potraktowany. Mówił, że trzeba walczyć o Polskę, a papież mu odpowiedział:„No dobrze, ale co na to powiedzą ambasadorowie Rosji, Austrii, Prus?” Na co Mickiewicz odparł – „Chrystus nie troszczył się o zdanie ambasadorów tego świata. Ach, gdyby Polak był papieżem…” W końcu to marzenie Mickiewicza się spełniło. Jego słowo stało się ciałem, więc trudno się dziwić, że ten papież będzie tkwił w naszej świadomości i w naszej historii. Zresztą to był dobry papież. Poza skandalami pedofilskimi, o których wiedział i które zamiatał pod dywan, które mu się nie mieściły w głowie, był nietuzinkowym człowiekiem. No ale jak to mówią, Polak pracuje do śmierci, a Niemiec do emerytury…

Od początku konsekwentnie realizujesz w teatrze jedną wizję – szokujące spektakle, ale jednocześnie refleksyjne i prowokujące do myślenia. Dobra sztuka to taka, która wzbudza oburzenie?

Pojęcie „dobrej sztuki” jest tak indywidualną przygodą, że nie ma na nią recepty. Ktoś ogląda spektakl i mówi, że jest genialny, a ja siedzę obok i k… po prostu nie mogę już wytrzymać. Dla mnie dobra sztuka to taka, po której wychodzę i nie mogę spać. Nie mogę zapomnieć i mnie dręczy, bo zobaczyłem coś niezwykłego. Takie są spektakle Warlikowskiego, którego „Oczyszczeni” zmieniły cały mój światopogląd na temat teatru. Najgorsza jest przeciętność. Wolę, żeby ktoś z naszego teatru wyszedł wkurwiony i powiedział, że ten spektakl to jakieś gówno, niż wyszedł i mówił, że ciekawe, no, nawet śmieszne, no, no… Średnie. Letnie – za Biblią cytując – wypluwam z ust. Musisz być gorący albo zimny. My czasami jesteśmy zimni, czasami jesteśmy gorący, a to, co u nas pojawia się w repertuarze letniego wyrzucamy…

Gorąca bez wątpienia będzie druga część „Lubiewa”, którą przygotowujecie wspólnie z teatrem Imka.

Tomek Karolak z Piotrkiem Cieplakiem zaprosili nas na swój festiwal do Teatru Imka. Zachwycili się spektaklem. Byli zaczarowani do tego stopnia, że teraz gramy „Lubiewo” na stałe w repertuarze Imki. A kiedy mu zdradziłem, że robię drugą część, a jak to zwykle u nas w teatrze, nie mam na to pieniędzy, powiedział: „No to ja ci dam”. I spektakl powstaje w koprodukcji. „Lubiewo” zresztą jest taką moją rzeczą i moim wielkim sentymentem, który chciałem zrealizować i z którym nosiłem się od wielu lat. Tak powstaje druga część Lubiewa „Ciotowski bicz” o tych niechcianych pederastach.

Miasto też mogłoby Ci dać trochę pieniędzy.

Miasto daje. Nie wiem, czy tyle, ile może, czy tyle, ile musi. Myślę, że mając taki skarb, jakim jest Teatr Nowy, niepokorny, może obrazoburczy, może skandaliczny, miasto powinno go bardziej pielęgnować. A z drugiej strony władze nie chcą narazić się na opinie, że promują jakąś pederastię czy skandaliczne tematy. Bardzo wierzę w wiceprezydent Magdalenę Srokę, moja wiara jeszcze nie zgasła.

Jakiś czas temu powiedziałeś mi, że mówią o was same najgorsze rzeczy. Pedały i skandaliści. Teraz pewnie mówią jeszcze gorzej.

Przestałem już słuchać, co mówią. Zajęliśmy się z Tomkiem Kireńczukiem sobą. Mniej kreowaniem się, a bardziej swoją sztuką. Wiem, że pan prezydent mówi: „aaa, to te pedały”, ale mówi to podobno w sympatycznym i żartobliwym tonie. Panie Prezydencie! U nas w teatrze pedałów jest 0.3 %, reszta to heteroseksualiści, ale niech będzie, że to też pedały. Ja się nie obrażam.

Mam wrażenie, że Nowemu zbyt łatwo przypięto łatkę teatru obrazoburczego. Kłuje w oczy krakowskie mieszczaństwo, ale chętnie chadza do was ksiądz Boniecki.

(śmiech) No tak, może ksiądz Boniecki jest rozrabiaką? Kościół też próbował zamknąć mu usta. Poznałem w swoim życiu bardzo wielu wspaniałych księży. Wśród nich był ks. Piotr Bąk, zresztą wyrzucony potem z parafii. Chyba za to, co mówił, za sposób, w jaki żył, a żył w sposób niesłychanie prosty. Chodząc w starych, wytartych sutannach, ćmiąc papierosa za papierosem i rozmawiając z ludźmi… I to się chyba tej hierarchii na górze nie podoba, że prosty klecha wychodzi rozmawiać z ludźmi. To ich wkurwia. To był przyjaciel rodziny, jeden z tych, którzy przewidzieli moją drogę. Mówił: „Pójdziesz do Krakowa i będziesz robił złe rzeczy, odwrócisz się od kościoła, ale pamiętaj, jak jesteś między wronami, nie musisz krakać jak one.” To naprawdę niezwykle mądry człowiek, którego kościół skopał. Drugiego księdza, którego nie poznałem, a raczej za sprawą Tomka Kireńczuka wysłuchałem, jest ksiądz Boniecki. Tomek zaprosił księdza do nas do teatru w ramach rozmów o gniewie. I to było jedne z najpiękniejszych spotkań w Teatrze Nowym. Widziałem człowieka pełnego wątpliwości, ale z drugiej strony pełnego radości.

Robiąc obrazoburcze rzeczy, ktoś powiedziałby antykościelne, nie zamykamy przecież drzwi ludziom wierzącym. Próbujemy za pośrednictwem sztuki prowokować pytania i konfrontować z tym, co niekoniecznie musi być wygodne. A najciekawsze dyskusje są z osobami inaczej myślącymi niż my, wtedy wytwarza się coś wartościowego. Media rysują nas jako teatr obrazoburczy, a wcale tacy nie jesteśmy. Staramy się być w tym wszystkim prawdziwi i realizujemy rzeczy, które nas interesują, które nas dotykają. Robimy to, co nam w duszy gra, to, co uważamy za słuszne.

Mówicie o rzeczach trudnych, ale towarzyszących nam na co dzień. Strach też do nich należy.

„Zarządzanie Strachem” to kolejny etap, po udanym i niezwykłym festiwalu sztuki angażującej „Sztuka Gniewu”. Teraz postanowiliśmy rozmawiać o strachu, o wykluczeniu, o buncie społeczeństw Europy, o strachu przed utratą pracy, o strachu przed utratą kogoś bliskiego, o strachu przed utratą własnej młodości. Takie będzie „Lubiewo: Ciotowski bicz”, „Macabra Dolorosa” Pawła Szarka i Kasi Chlebny o strachu przed konsekwencjami, wyborem, przed jakim staje matka zanim dokona największej zbrodni, bo zabicie własnego dziecka to większa zbrodnia niż cały Holocaust. Radek Rychcik przygotowuje spektakl o teczkach, o Służbach Bezpieczeństwa, o strachu czasów PRL. Będzie można u nas obejrzeć sztukę „Strach ma wielkie oczy” i – uwaga – to pierwsze przedstawienie dla dzieci, które powstanie w Nowym. Rozpoczynamy pracę nad spektaklem o strachu przed utratą ludowej tradycji – wszystkie nasze małopolskie ludowe piosenki w wersji punkowej? To prawdziwy obłęd. Ileż w tej ludowszczyźnie seksu, miłości, wódki…

Tam jest sam seks…

Tam jest sam seks, sam alkohol, a reszta gdzieś na drugim planie. Tam jest radość życia. Z Tomkiem Kireńczukiem będziemy jeździć po Małopolsce, po wsiach, chodzić z wódką do gospodarzy i słuchać ich opowieści, pieśni, przygód życia. Niech opowiadają, niech śpiewają! Byle to nie umarło!

W dzień dziecka odbędzie się premiera spektaklu o dzieciobójczyniach utrzymana w konwencji niemieckiego kabaretu lat trzydziestych. Kolejny skandal zatrzęsie Krakowem?

Skandal zrobiły już media. Napisaliśmy na facebooku, że dziś rozpoczyna się proces Katarzyny W., chyba najsłynniejszej polskiej dzieciobójczyni, i w tym dniu zaczynają się próby do spektaklu o dzieciobójczyniach „Macabra Dolorosa” Kasi Chlebny w reżyserii Pawła Szarka. No i się zatrzęsło! Rozdzwoniły się telefony, od Faktu, przez Super Express, TVN, Polsat. Do tej pory nie dają nam spokoju i wciąż uważają, że robimy spektakl o Katarzynie W. Podkreślę, to nie jest spektakl o Katarzynie W. Sztuka jest utrzymana w bardzo poetyckim klimacie. To listy Magdy Goebbels, Medea i świetnie przetłumaczone piosenki . Dlaczego człowiek dopuszcza się rzeczy strasznych, które nie mieszczą się nam w głowie? Co musi się dziać w sercu matki, która zabija swoje dziecko? Czy to skandal, że mówimy o takich rzeczach? Może forma zaproponowana przez Pawła intryguje? Liczymy, że będzie to będzie udana premiera. Zresztą powiedziałem, że jak to nie wyjdzie, to go zabiję.

Już teraz pojawiają się zarzuty, że sprzedajecie ludzką tragedię po to, żeby się wypromować.

Ale od czego jest teatr? Teatr nie jest tylko od robienia śmiesznych rzeczy dla gawiedzi, ale od zadawania trudnych pytań. Jednym z nich jest właśnie motyw zabójstwa własnego dziecka. Bardzo ciekawym, psychologicznym, złożonym. Sztuka jest po to, żeby czasem zadawać trudne pytania.

Tak jak w „Lubiewie”?

W „Lubiewie” podejmujemy teraz problem tych niechcianych, tych, którzy żyją jeszcze gdzieś obok. Mają po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat, starzy pederaści, pedały. Brzydzą się tym światem, brzydzą się tą III RP, a tęsknią za PRL-em. To też jest brud, syf, toaleta, szambo, ale to jest k… część naszego życia! To dlaczego teatr ma o tym nie mówić? A to, że gadają:„No ci znowu znaleźli sobie temat”… To też sobie coś znajdźcie i się od nas odpie…

Rozmawiała Martyna Nowakowska

***
Piotr Sieklucki – urodzony w 1980 roku we Wrocławiu. Absolwent krakowskiej PWST, współzałożyciel i dyrektor Teatru Nowego w Krakowie. Aktor, reżyser, scenarzysta. Pracował m.in. we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i Teatrze Dramatycznym im. Gonczarowa w Uljanowsku w Rosji. Jego „Lubiewo” na podstawie powieści Michała Witkowskiego zdobyło Grand Prix Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy za Najlepszą Prapremierę 2012 Roku. Kontrowersyjny Artysta o przeszywającym głosie. Nosi w sobie rosyjską duszę.

0
  
Bookmark the permalink.

Comments are closed.