Klinem w Darwina, czyli długi marsz kreacjonistów

Piątkowski Kuba

Wyobrażenia o powstaniu świata oraz rozwoju życia na Ziemi były różne w zależności od kręgu cywilizacyjnego, jednak zawsze nierozerwalnie związane z wierzeniami religijnymi. W kręgu europejskim niemal zawsze były pochodną interpretacji Księgi Rodzaju (a bardziej ogólnie Starego Testamentu). Stopień dosłowności interpretacji bywał różny, jednak wraz z Reformacją interpretacje dosłowne zdecydowanie zyskały na przewadze – zwłaszcza wobec braku naukowych alternatyw. Kamień węgielny pod to, co dzisiaj przyjęło się nazywać „Kreacjonizmem Młodej Ziemi” (w skrócie KMZ) położył prymas Irlandii James Ussher. Bazując na analizie Biblii oraz innych źródeł historycznych wyliczył on, iż świat powstał wczesnym wieczorem 23 października roku 4004 p.n.e. Zbliżoną datę podawał dr John Lightfoot z Cambridge. Od tamtej pory wszystkie scenariusze stworzenia mieszczące się w podobnych ramach czasowych przyjęło się odnosić do tzw. „chronologii Usshera-Lightfoota”. Jakkolwiek śmieszne nie wydawałyby się owe wyliczenia, należy pamiętać, że w okolicach 17-tego wieku uchodziły one za poważny temat badawczy. Poświęcały mu swój czas m.in. takie umysły Newton i Kepler (podając daty niewiele odbiegające od tych, które ustalił Ussher).

Postęp w naukach przyrodniczych (zwłaszcza w geologii), który nastąpił w wieku XVIII i XIX, sprawił, iż większość naukowców zmuszona była odrzucić chronologię operującą zakresem tysięcy lat. Choć nadal wierzono, iż Biblia zawiera wiarygodne naukowo informacje o stworzeniu świata, trzeba było przyjąć nieporównanie dłuższy czas jego istnienia. Wyjaśniano to albo metaforyczną wymową dni opisanych w Księdze Rodzaju (które w rzeczywistości mogły trwać miliony lat – tzw.„Day-Age Creationism”) bądź pominięciem znacznych połaci czasu przez narratora, między pierwszym a drugim wersetem („Gap Creationism”). Poglądy te określa się dziś mianem „Kreacjonizmu Starej Ziemi”.

Sam termin „kreacjonizm” wszedł do użycia dopiero, gdy można było go czemuś przeciwstawić – mianowicie naturalistycznym wyjaśnieniom różnorodności życia na Ziemi. Pierwsze takie wyjaśnienie (pomimo, że błędne) zaproponował Lamarck. Jego hipoteza o dziedziczeniu cech nabytych nie wytrzymała jednak zderzenia z faktami (we wczesnych tekstach Darwina można napotkać otwarte kpiny z Lamarcka). Ich krótki renesans za sprawą Trofima Łysenki lepiej pominąć milczeniem. Głośnym echem odbiła się też publikacja „Vestiges of the Natural History of Creation” – książki dość luźno omawiającej istniejące wówczas hipotezy o ewolucji – zarówno na poziomie biologicznym jak i kosmologicznym. Jej autor wydał ją pod pseudonimem, przez dość długi łańcuch pośredników – nie bez przyczyny. Ostra krytyka, z którą się spotkała w ówczesnym społeczeństwie wiktoriańskim była jedną z przyczyn, dla których Karol Darwin zwlekał z publikacją swojej własnej hipotezy. Mimo to, za jej sprawą, gdy ostatecznie doszło do publikacji „O powstaniu gatunków” (1859 r.), najbardziej gwałtowne i emocjonalne reakcje już minęły. Po śmierci Darwina (1882 r.) fakt zajścia ewolucji był już powszechnie przyjęty w środowisku naukowym, pomimo kontrowersji odnośnie jej mechanizmów (pośród paleontologów jeszcze dość długo popularnością cieszył się lamarckizm).

Od tamtej pory główną ostoją ruchu kreacjonistycznego stały się fundamentalistyczne kościoły chrześcijańskie w Stanach Zjednoczonych. Błędnym byłoby jednak przeświadczenie, że KMZ oraz towarzyszący mu literalizm (tj. dosłowność interpretacji) biblijny, odeszły w niepamięć. Jeszcze na początku 20-tego wieku George McCready Price opublikował wiekopomną pracę odnośnie „geologii potopu”. Dzieło to podjęło próbę wytłumaczenia zapisu kopalnego Wielkim Potopem (tym od Noego i Arki). Price argumentował, że obserwowany wzrost złożoności skamieniałych organizmów wynika z faktu, iż prymitywniejsze gatunki ginęły jako pierwsze. Jak udało się utopić wszystkie główne linie ewolucyjne ryb przed pierwszym kopytnym po dziś dzień pozostaje tajemnicą. Nie przeszkadza to jednak wielu współczesnym kreacjonistom bronić tego stanowiska.

W następstwie I Wojny Światowej pojawiły się opinie wiążące ewolucjonizm z demoralizacją społeczną. Działo się tak m.in. dlatego, iż państwo w dużym stopniu obwiniane za wybuch wojny i jej krwawy przebieg – Niemcy – było jednocześnie jednym z wyżej rozwiniętych pod względem nauki i technologii. W efekcie, w latach dwudziestych, w kilku stanach na południu USA udało się przeforsować przepisy zabraniające nauczania ewolucji w szkołach publicznych. Kulminacją tych działań był proces nauczyciela Johna Scopes’a (tzw. „małpi proces”), skazanego za uczenie o ewolucji na grzywnę wysokości 100 dolarów (karę unieważniono ze względu na uchybienia formalne). Esencję antyrewolucyjnych emocji tego okresu niezwykle dobrze ujmuje oskarżyciel w „małpim procesie” – William Jennings Bryan (prominentny polityk Partii Demokratycznej, były Sekretarz Stanu oraz niedoszły Prezydent USA):

„Ta sama nauka, która stworzyła gazy bojowe od których dusili się żołnierze głosi, że człowiek miał zwierzęcych przodków oraz usuwa cuda i elementy nadprzyrodzone z Biblii”

Choć większość ówczesnej opinii publicznej sympatyzowała ze Scopes’em, nauczyciele oraz autorzy podręczników zaczęli unikać tematu ewolucji. Dodatkowych problemów dostarczył wybuch II Wojny Światowej, po której na darwinizm spadły skarżenia o zainspirowanie Holocaustu oraz innych praktyk totalitarnych (fakt, iż w ”Mein Kampf” Hitler odnosi się wielokrotnie do „Boskiego Stwórcy” i ani razu do ewolucji biologicznej oraz cenzura książek promujących „prymitywny darwinizm” w III Rzeszy nie przeszkadzały kreacjonistom w najmniejszym stopniu*). Wszystko to miało miejsce już po sformułowaniu syntetycznej teorii ewolucji (tj. mariażu genetyki mendlowskiej i darwinowskiego doboru naturalnego) oraz jej powszechnym zaakceptowaniu przez środowisko naukowe. Niestety, Zimna Wojna oraz towarzyszący jej lęk przed wszystkimi ideami mogącymi wiązać się z komunizmem i ateizmem (a za taką uchodziła ewolucja biologiczna – pomimo, że w ZSRR dominował wrogi Darwinowi i Mendlowi łysenkizm) tylko pogłębiły niechęć to teorii ewolucji. Przełom nastąpił dopiero po wystrzeleniu przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity – Sputnika (1958 r.). Uświadomiło to przywódcom amerykańskim potrzebę zreformowania nauki i edukacji (a wyrażenie „Sputnik moment” przeszło do mowy potocznej). W efekcie, w przeciągu roku od napisania, do wszystkich szkół w kraju trafiły nowe podręczniki do biologii, szeroko i dokładnie omawiające kwestię ewolucji. Stało to w jawnym konflikcie wobec przepisów stanowych, zakazujących jej nauczania. Konfrontacja była nieunikniona. Ostatecznie, w 1968 r. Sąd Najwyższy uznał stanowe przepisy za niekonstytucyjne. W kolejnych sprawach sądowych, w przeciągu następnych trzydziestu lat, za godzące w konstytucyjny rozdział państwa i kościoła uznano również nauczanie kreacjonizmu i ewolucji na równych prawach (nawet po próbie nadania kreacjonizmowi pozorów naukowości, przez ukłucie terminu „creation science” – sprawa Edvards vs. Aguillard w 1987 r.).

Wobec problemów z Pierwszą Poprawką do Konstytucji (mówiącej o zachowaniu neutralności państwa w kwestiach wyznaniowych), kreacjoniści dostrzegli potrzebę odcięcia się od motywów religijnych. W ten sposób zrodził się ruch „Inteligentnego Projektu”. Nie odwołuje się on do Boga ani Biblii. Twierdzi jedynie, że niektóre cechy organizmów żywych da się wyjaśnić jedynie poprzez odwołanie do „inteligentnego projektanta”. To wraz z nim narodziły się koncepcje „nieredukowalnej złożoności” i „wyspecyfikowanie złożonej informacji”. Zostały one jednak poddane krytyce i odrzucone przez środowisko naukowe, jako ignorujące istotne fakty empiryczne oraz samą istotę ewolucji przez dobór naturalny (temat ten zasługuje na osobny artykuł, który rychło popełnię). Dogłębna analiza ruchu (m.in. poprzednich wydań popularyzującego go podręcznika „Of Pandas and People”) dowodzi jego religijnych korzeni.

W wyżej wspomnianym podręczniku słowa „stwórca” i „stworzenie” zostały nagle zamienione na „projektant” oraz „inteligentny projekt”. Dziwnym zbiegiem okoliczności miało to miejsce w roku, w którym zapadł wyrok odnośnie niekonstytucyjności nauczania kreacjonizmu w szkołach. W trakcie procesu w Dover upubliczniono jeszcze ciekawszą obserwację. Okazało się, że w jednym manuskryptów podręcznika pojawia się termin „cdesign proponendtsists” – wbrew twierdzeniom kreacjonistów dowodząc, że istnieją formy przejściowe (przynajmniej między kreacjonizmem a ruchem ID – nieumiejętne zastosowanie Ctrl-C i Ctrl-V bywa świetną analogią błędów w replikacji DNA).

„Of Pandas and People” jest zresztą elementem szerszej kampanii społecznej, której cele określone zostały w tzw. „Dokumencie Klina”, wydanym przez Discovery Institute, główną organizację promującą hipotezę ID. Ewolucja ma być według niego najsłabszym punktem „naukowego materializmu”, w który należy uderzyć metaforycznym klinem, alby ostatecznie doprowadzić do jego rozsadzenia. Podczas procesu o nauczanie Inteligentnego projektu w szkole średniej w Dover, sędzia John Jones III (znany ze swojego konserwatyzmu) uznał, że Inteligentny Projekt jest ruchem religijnym i nie przysługuje mu miano teorii naukowej. Zwolennicy Inteligentnego Projektu zostali zmuszeni do forsowania swojego planu minimalnego – „teach the controversy”. Dążą w nim przedstawienia ewolucji jako teorii niepewnej i pełnej kontrowersyjnych, wzajemnie sprzecznych stanowisk.

Pomimo klęski w salach sądowych, ruch kreacjonistyczny odnosi wyraźne sukcesy propagandowe. Według ostatnich sondaży tyle samo Amerykanów odrzuca ewolucję, co ją akceptuje (po 40%). 20 % jest niezdecydowanych. Według innych badań, 47% Amerykanów uważa, że Bóg stworzył istoty ludzkie w obecnej postaci nie dawniej niż 10 tysięcy lat temu. Pośród państw gdzie przeprowadzono tego rodzaju badania, gorzej wypadła tylko Turcja (o intensywnej działalności pana Adnana Oktara, czołowego tureckiego kreacjonisty, można się więcej dowiedzieć z artykułu Dawkinsa (w znakomitym tłumaczeniu pani Małgorzaty Koraszewskiej pt. „Jadowite węże, śliskie węgorze i Harun Yahya”)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*najwcześniejsze wydanie opus magnum wodza III Rzeszy zawierało wręcz stwierdzenie, iż Akt Stworzenia nastąpił tysiące lat temu. Później zostało to poprawione o trzy rzędy wielkości we właściwą stronę. Trudno stwierdzić, czy pierwotna wersja była skutkiem wychowania religijnego, czy zwykłego niedouczenia.

Literatura:
1. Nauka a kreacjonizm. O naukowych uproszczeniach teorii inteligentnego projektu; John Brockman.; CiS, Warszawa 2007
2. Spór ewolucjonizmu z kreacjonizmem. Podstawowe pojęcia i poglądy.; Kazimierz Jodkowski; MEGAS, Warszawa 2007
3. Pharyngula; PZ Myers (http://scienceblogs.com/pharyngula/)
4. Wikipedia (http://en.wikipedia.org/wiki/Creationism)
5. TalkOrgins (http://toarchive.org/)
6. Answers in Genesis (http://www.answersingenesis.org/)

 

Jakub Piątkowski. Absolwent biologii molekularnej na Uniwersytecie Warszawskim. Aktualnie doktorant w Instytucie Genetyki i Biotechnologii.

1
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.