Ewangelicy za świeckim państwem

logo okrojone ewangelicy

Chrześcijaństwo bez nietolerancji. Choć nie bez emocji.

Miesięcznik Ewangelicki poparł akcję Świecka szkoła, organizowaną przez pismo „Liberté!”. Chrześcijańska redakcja „ME” jednogłośnie zachęciła swoich czytelników do podpisywania się pod projektem reformy, która miałaby skończyć z państwowym finansowaniem lekcji religii w polskich szkołach.

Wiadomość o takiej decyzji redakcji wywołała pewne poruszenie w mediach mainstreamowych i społecznościowych.
http://wyborcza.pl/1,75478,18697564,ewangelicki-miesiecznik-przylacza-sie-do-akcji-swiecka-szkola.html

Niektórzy ateiści uznali to za wiadomość zaskakującą i paradoksalną. Można to zrozumieć. Ze względu na specyfikę kulturową naszego kraju, osoby niewierzące często utożsamiają chrześcijaństwo z polskim katolicyzmem, nieraz agresywnym. Trudno im więc uwierzyć, że coś dobrego może przyjść z Nazaretu…

Ortodoksi i fundamentaliści religijni zareagowali negatywnie. Co było łatwe do przewidzenia. W podobnych sytuacjach fanatycy zwykle oskarżają o chwiejność. Chrześcijanie przeciwko nauce religii w szkołach? To jacyś słabi chrześcijanie, niepewni! Ulegający wpływom złego świata, laickiej nowoczesności. Stający po złej, niechrześcijańskiej stronie… Na Twitterze wypowiedział się znany prawicowy, „smoleński” i prokatolicki dziennikarz (choć luteranin), Cezary Gmyz. O „Miesięczniku Ewangelickim” napisał tak: „Środowisko reprezentujące nie więcej niż 10 osób. W większości nienawidzących sióstr i braci katolików”.

Jako członek redakcji i ewangelik spróbuję się odnieść do tych wątpliwości i zarzutów. Równocześnie przedstawiając czytelnikom portalu Laickie.pl stanowisko ewangelickie i chrześcijańskie w kwestii wolności sumienia i rozdziału Kościołów od państwa. A dokładnie – jedno z możliwych stanowisk chrześcijańskich i ewangelickich. Mianowicie moje. Bo mam pewność, że nawet moje redakcyjne koleżanki i koledzy nie zgodzą się ze wszystkimi moimi słowami. I bardzo dobrze. Jak powiedział Luter, każdy chrześcijanin czytający Pismo Święte sam sobie jest papieżem i soborem.

Na początek odpowiem Gmyzowi. Bo jego atak jest dobrą okazją, by zacytować kilka z najważniejszych fragmentów Ewangelii.

Ewangelia nakazuje, aby leczyć najpierw własne wady, potem cudze. Przed wyjmowaniem źdźbła z oka bliźniego, trzeba wyjąć najpierw belkę z własnego oka. Cóż, moja belka jest potężna. Codziennie muszę zmagać się z moimi skłonnościami do gniewu, nienawiści i odwetu. Chcę wierzyć, że podobnie robi pan Gmyz. Chcę wierzyć, że jego działalność w tzw. „sekcie smoleńskiej” powodowana jest tylko łagodnością i życzliwością dla bliźniego. Przecież katoliccy wyznawcy PiS, Kaczyńskiego i Macierewicza znani są z ewangelicznej miłości wobec przeciwników i wszystkich inaczej myślących. A luteranin Gmyz umacnia w nich tę miłość, znajdując tajemniczy trotyl na wraku tupolewa…

(Przepraszam, może nie powinienem wytykać tego Gmyzowi. Powinienem nadstawić drugi policzek. Ale gdy znany publicysta atakuje moich braci w imieniu silnej i agresywnej większości, nadstawianie drugiego policzka byłoby nadstawianiem cudzego policzka…).

Gmyz próbuje argumentować też… ilością. Rzecz jasna, taki argument nie ma żadnej wagi teologicznej ani duchowej. Nawet gdyby sympatyków Miesięcznika Ewangelickiego faktycznie było tylko dziesięciu lub stu, nie znaczyłoby to automatycznie, że są w błędzie. Jezus mówi, że gdzie dwóch lub trzech zbiera się w jego imieniu, tam On też jest. Zostawmy więc takie „dowody słuszności” katolikom. Oni nieraz wołają: „Nas jest najwięcej, nas jest 800 milionów, to znak, że Bóg jest z nami”. Choć tak się składa, że protestantów na świecie jest ponad miliard.
Co do wyżej opisanych wątpliwości innych osób wierzących i niewierzących: ewangelicki wybór na rzecz tolerancji, szacunku i państwa bezwyznaniowego nie jest paradoksalny. Nie jest sprzeczny z chrześcijaństwem. Nie wynika też z chwiejności, z ulegania wpływom świeckiej nowoczesności.

Przeciwnie: wynika właśnie z chrześcijaństwa.

Chrześcijaństwo nakazuje absolutną miłość bliźniego niezależnie od jego tożsamości i światopoglądu. W Ewangelii Jezus każe kochać nieprzyjaciół. I dodaje, że tym właśnie chrześcijanin ma się różnić od poganina!

Więcej: Jezus naucza nawet samarytańskich heretyków. W przypowieści mówiącej, że miłość bliźniego jest ponad podziałami religijnymi, to Samarytanin stawiany jest za wzór tej miłości. A przecież dla ówczesnych Żydów samarytańska herezja stanowiła szczególną ohydę…

Ewangeliczna zasada miłości bliźniego każe więc szanować drugiego człowieka i jego wolność sumienia. Nawet jeśli uważamy jego poglądy za błędne, musimy szanować jego prawo do wyznawania tych poglądów. Nie istnieje nawracanie przez obrażanie. Jak mówi Semko Koroza, pastor parafii ewangelicko-reformowanej w Łodzi, najlepiej nawraca się przez przykład.

Musimy dawać ten dobry przykład. Przykład ewangelicznej miłości dla wszystkich, także dla inaczej myślących. Żyjemy z nimi we wspólnej przestrzeni. Dlatego musimy robić wszystko, by była to przestrzeń jednakowo przyjazna dla wszystkich wiar i światopoglądów. Żadna wiara nie może sobie tej przestrzeni zawłaszczać.

Czy to znaczy, że wszędzie mamy utykać wszystkie możliwe symbole wszystkich możliwych światopoglądów? Czy byłoby to dobrym znakiem naszego dla nich szacunku?
Znów zacytuję pastora Korozę: „Łatwiej jest stworzyć wspólną przestrzeń bezwyznaniową niż wielowyznaniową”.

Dlatego z Sejmu powinien zniknąć krzyż. Z aptek powinny zniknąć katolickie krucyfiksy, które często są przyrządami do delikatnego zastraszania („Jesteś pewna, że chcesz tu kupić tę pigułkę antykoncepcyjną?”). Z publicznych parków i podwórek powinny zniknąć ołtarzyki i figurki tzw. Matki Boskiej. One obrażają mnie nie tylko jako chrześcijanina (Biblia wyraźnie zakazuje czczenia obrazów, figurek i bożków, a prorok Jeremiasz wprost potępia kult „Królowej Niebios”). Obrażają mnie jako obywatela, bo sugerują, że w przestrzeni publicznej dominuje jedno wszechobecne wyznanie.

Jako ewangelik i członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego sprzeciwiam się więc publicznemu promowaniu każdego wyznania. Nie tylko katolicyzmu, ale także mojego kalwinizmu. Być może, Gmyz ma trochę racji co do moich emocji. Niektórzy katolicy (ci fanatyczni) budzą we mnie silne uczucia negatywne. Niestety. Ale jeżeli Polacy zbuntują się kiedyś przeciw katolickim fanatykom i będą chcieli połamać kości np. Terlikowskiemu – to będę Terlikowskiego bronił. Nikomu nie wolno łamać kości.

Po tym wszystkim, co wyżej napisałem, można byłoby spytać: czemu w takim razie Kościół katolicki zalewa nas swoimi symbolami? Czemu wymusza wprowadzanie katolickiego ustawodawstwa? Przecież taka przemoc i pycha jest wbrew chrześcijaństwu…

Tak się składa, że Kościół katolicki jest bardzo specyficzną formą chrześcijaństwa. Formą, która mocno od chrześcijaństwa odeszła. I nie całkiem wróciła.

To odejście się zaczęło, gdy Kościół w IV wieku mocno złączył się z pogańskim Imperium Rzymskim. A więc z instytucją totalną, sprawującą absolutną władzę nad swymi poddanymi. I Kościół zaczął stosować metody Imperium, dążąc do absolutnej władzy nad ludzkimi duszami, a także ciałami.

Używał przy tym nie tylko przemocy. Także podstępu. Aby pozyskać pogan, władze Kościoła wbrew Biblii zaczęły akceptować kult bożków i posągów. Dla niepoznaki przemianowano pogańskie bóstwa, robiąc z nich tzw. „świętych”. Pogańska bogini Aszera („Królowa Niebios”, Regina Coeli) i pogańska bogini Izyda, matka bożka Horusa, zostały utożsamione z Marią, matką Jezusa. W ten sposób powstał kult tzw. Matki Boskiej. Te procesy zostały dobrze opisane przez historyków i religioznawców. Z ostatnich publikacji w języku polskim polecam książkę Pierre’a Chuvina: „Ostatni poganie”, która opisuje m.in. jak z kultu Izydy narodził się także kult tzw. św. Agaty.

Ten amalgamat pogaństwa i tyranii stał się tym, co znamy jako Kościół katolicki. Niby chrześcijański, a niebiblijny. W średniowieczu papiestwo teoretycznie uznawało Biblię, jednak aż do tzw. kontrreformacji księża zwykle jej nie znali. A później – aż do połowy XIX wieku! – Rzym surowo zakazywał wiernym świeckim czytania Pisma Świętego. Nawet dziś tzw. tradycja Kościoła katolickiego – czyli mgliste zwyczaje i nawyki, historyczne decyzje dawnych soborów oraz arbitralne widzimisię różnych papieży – uważana jest w tym Kościele za drugie objawienie woli Bożej, tak samo ważne jak Biblia…

Od razu przepraszam za te słowa Czytelników, którzy jakoś utożsamiają się z katolicyzmem. Domyślam się, że mogli poczuć się urażeni. Niestety, cytuję fakty. Oczywiście, katolicyzm to także inne fakty. To również przykłady miłości, miłosierdzia i heroizmu. A w tej chwili na ustach wszystkich jest papież Franciszek, który zdaje się (przynajmniej werbalnie) zwalczać u siebie fanatyków. Jednak przez wieki Kościół katolicki zbyt często stał po stronie tyranii i czystego bałwochwalstwa. A polski Kościół katolicki zachowuje się, jakby był do tej tradycji niezwykle przywiązany…

Ale do rzeczy. Pięćset lat temu dążący do bardziej czystego chrześcijaństwa reformatorzy utworzyli pierwsze Kościoły ewangelickie (protestanckie), oparte na Biblii. Niestety, i one grzeszyły nieraz pychą, nienawiścią, nietolerancją, okrucieństwem, nawet masowymi morderstwami. Jednak od pierwszej chwili wśród reformatorów zaczęła się rodzić myśl o tolerancji i rozdziale Kościoła/Kościołów od państwa. Początkowo głosił ją sam Luter. Trochę później Castellion. Sto lat później baptyści w Ameryce zaczęli tworzyć wspólnoty, praktykujące wiarę bez przymusu i tolerancję także dla ateistów. Gdy powstawały Stany Zjednoczone, to właśnie gorąco wierzący baptyści żądali od Jeffersona, aby nieprzekraczalnym murem oddzielił Kościoły od państwa.

Oczywiście, nietolerancja wśród protestantów zdarza się i dziś. Protestancki fundamentalizm widziałem nieraz na własne oczy. I w młodości zdarzało mi się myśleć, że jest on trochę lepszy od katolickiego… Teraz już tak nie myślę. Fundamentalizm protestancki w pewnych sprawach faktycznie jest bardziej wierny Biblii, przede wszystkim nie jest bałwochwalczy. Ale nijak to go nie rozgrzesza, gdy głosi nienawiść. Bo wtedy sprzeciwia się jednej z najbardziej fundamentalnych zasad biblijnych, jaką jest ewangeliczna miłość bliźniego.

Uważam, że ewangelik, starający się żyć według prawdy Ewangelii, powołany jest do głoszenia tych prawd:

Tylko Jezus jest Panem i Królem. Jego Królestwo jest jednak nie z tego świata. Dobrze więc, że dał nam naukę o ewangelicznej miłości bliźniego. Bo możemy rządzić się według niej tu, na ziemi. A rządzić się według niej – to kochać i szanować bliźnich. Także tych, którzy nie uznają Jezusa za Pana i Króla. Także tych, którzy chcą czcić Aszerę i nazywać ją Matką Boską. Oczywiście, gdy któraś z grup wyznaniowych próbuje gwałtem lub podstępem narzucić innym grupom swe wierzenia i prawa, wtedy trzeba ją powstrzymać. Bo miłość bliźniego każe bronić ofiar.

Dlatego ze wszystkimi niewierzącymi i innowiercami chrześcijanie mają żyć w braterstwie, szanując ich wolność sumienia. I nie szukając sobie ziemskiego króla. Ziemski król, cesarz czy papież – a także nadmiernie uwielbiany prezydent, premier lub prezes – może przesłonić ziemskim oczom Niebiańskiego Króla. I może tyranizować ziemskie dusze. Przed władzą jakiegokolwiek ziemskiego króla stanowczo przestrzegał Żydów prorok Samuel. A Księga Sędziów uczy, że liderzy bez korony wielokrotnie ratowali naród wybrany przed uciskiem. Byli to tzw. sędziowie. Nie tylko mężczyźni, także jedna kobieta. Ludzie o wielkiej sile oddziaływania, ale ograniczonej władzy. Powołani spośród ludu i mający jego akceptację (aczkolwiek też ograniczoną).

W Niebie mamy Króla, a na ziemi demokrację. Powinniśmy ją praktykować zgodnie z nakazaną przez Króla miłością bliźniego.

Tomasz Piątek.

1
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.