Czy…?

fsm

Czy biały mężczyzna może poślubić czarną kobietę? A czarna kobieta białego mężczyznę? Czy Żydzi powinni płacić wyższe podatki? Czy kobieta powinna móc pracować zawodowo? Czy kobieta powinna dostać paszport bez zgody swojego męża lub ojca. Czy kobieta powinna mieć prawo do posiadania konta w banku bez upoważnienia męskiego opiekuna? Czy rozwody powinny być dopuszczalne przez prawo? Czy wolno zabić własne dziecko, jeśli obraziło swoich rodziców?

Fot. Marek Łukaszewicz (Koalicja Ateistyczna)

Mam nadzieję, że na większość tych pytań odpowiedź jest oczywista. Gdybyśmy chcieli któryś z wyżej wymienionych tematów omówić na poważnie na forum europejskiego parlamentu, prawdopodobnie by nas w najlepszym razie wyśmiano, a być może wywieziono na taczkach. Słusznie, bo są to sprawy ustalone na tyle silnie w naszej kulturze, że jakiekolwiek dyskutowanie o tym będzie uznane za niepoważne i wręcz niebezpieczne. Mamy komfort żyć w krajach, w których walka o prawa kobiet nie jest walką o prawo do samodzielnego posiadania paszportu lub konta, zaś bycie obywatelem narodowości semickiej nie powoduje formalnych kłopotów. Oczywiście, organizacje feministyczne stwierdzą, że jest jeszcze sporo do zrobienia, podobnie jak organizacje dbające o prawa dzieci lub organizacje walczące z antysemityzmem. Niemniej, zgódźmy się, że jest lepiej niż w 1914. Na szczęście ten etap poważnych dyskusji o samych prawach człowieka mamy za sobą, ale dla osób żyjących na początku ubiegłego wieku, te dyskusje były aktualne i bynajmniej nie były oczywiste. Nie są również oczywiste w niektórych krajach, na przykład w Arabii Saudyjskiej.

Zadajmy inne pytania: czy obywatel powinien znać skład leku, który przyjmuje? Czy dwoje ludzi niekoniecznie różnych płci może zawrzeć związek małżeński (lub partnerski, żeby nie czepiać się samej nazwy). Czy troje ludzi ma prawo zawrzeć taki związek? Czy człowiek powinien mieć prawo do danych, które sam wytwarza – i które przechowuje w systemach informatycznych innych firm? Jak długo powinny obowiązywać prawa majątkowe do utworu (rok, 5 lat, 70 lat po śmierci autora, a może nigdy nie wygasać)? Czy mamy prawo wierzyć w to, co nam się podoba, niezależnie od aktualnie panujących religii? Czy mamy prawo założyć związek religijny dla realizowania naszych wierzeń? Czy jeśli nie wierzymy w jakiegokolwiek z bogów, mamy prawo do związków religijnych? Czy szkoła powinna być miejscem ugruntowywania wiary, czy przeciwnie, pozbawiona jakichkolwiek związków z religią? Czy człowiek niewierzący lub wierzący w coś dziwnego jest moralny?

Na te pytania nie ma dzisiaj jednoznacznych odpowiedzi. Jeśli spytamy sto wykształconych osób, dostaniemy pewien rozkład odpowiedzi, ale żadna z nich nie będzie drastycznie przeważająca. Po prostu, dla nas żyjących w Polsce w drugiej dekadzie XXI wieku, ta debata jeszcze trwa. Niezależnie od tego jak bardzo jesteśmy pewni swojego poglądu, znajdziemy poważną osobę reprezentującą odmienny pogląd. Być może za 50 lat poglądy się utrwalą, ale dzisiaj ani nie możemy być pewni kiedy, ani które. I czy na pewno nasze dzisiejsze przekonanie będzie podstawą przyszłego konsensusu.

W różnych krajach podejście do zakładania związków religijnych jest różna. Pomińmy już Arabię Saudyjską, zajmijmy się światem zachodnim. Pastafarianizm po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 2005, w USA, gdzie nie ma potrzeby pytać organów państwowych o zgodę na założenie związku religijnego. W Polsce decyzja należy do Ministra Administracji i Cyfryzacji. Nie jestem prawnikiem, zatem nie chcę się zagłębiać w rozważania dotyczące procedur, na pewno potrzebna jest lista stu osób, które notarialnie potwierdzą chęć utworzenia. Potrzebny jest także statut, który musi nie być sprzeczny z istniejącym prawem. Na przykład, nie może zawierać klauzuli zakazującej dobrowolnego odejścia ze związku (tzw. semel-semper). Zauważmy, że wiele z istniejących związków nie spełnia tych wymogów, co najwyraźniej nie przeszkodziło w ich rejestracji.

Właściwie po co zakładać kościół skoro można założyć stowarzyszenie. Kościół jest po prostu lepiej przez prawo traktowany, co wynika z głębokiego przekonania o wewnętrznej moralności, dobroczynności i potrzebności kościołów. Tu też jest dużo do poprawienia, ale póki to prawo nie zostanie naprawione, pozostaje z niego korzystać zakładając związek wyznaniowy.

Minister Boni, dostawszy nasz wniosek, najpierw zwlekał więcej niż czas ustawowy pozwalał, następnie powołał biegłych, którzy mieli stwierdzić, czy Kościół Latającego Potwora Spaghetti jest prawdziwą wiarą, czy raczej szczeniackim wygłupem. Biegli ocenili naszą wiarę negatywnie i mieli prawo do swojej oceny. Problem w tym, że minister nie ma prawa oceniać, czy religia jest poważna, czy nie. Proszę sobie wyobrazić audyt wszystkich istniejących w Polsce religii pod względem ich racjonalności oraz falsyfikowalności głoszonych przez nich teorii!

Fot. Marek Łukaszewicz (Koalicja Ateistyczna)

8 kwietnia 2014 odbyła się rozprawa w Warszawskim Sądzie Administracyjnym. Znowu, nie będąc prawnikiem, nie będę omawiał szczegółów wyroku i jego uzasadnienia. Sąd w całości uchylił decyzję ministra. Oprócz rodzących poważne skutki prawne, acz nieistotnych dla tego tekstu, uchybień ministerstwa, Sąd wskazał, że badanie szczerości wiary nie mieści się w zakresie możliwości ministra.

Co z tego wynika? Ja rozumiem to jako pewien ważny głos porządkujący dyskusje na temat tego w co wolno, a w co nie wolno wierzyć oraz jak wolno swoją wiarę manifestować. Zdecydowana większość naszych rodaków jest katolikami. Zdecydowana większość pozostałych wyznaje jakąś formę chrześcijaństwa. Podświadomą definicją religii jest albo jakaś forma religii abramamicznych albo jedna z religii dalekowschodnich. Są jeszcze inne wyjątki jak wiary rodzime. Niestety, wiara w Latającego Potwora Spaghetti nie pasuje do żadnego ze schematów. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby sprawa nie stała się medialna i nagle biedny minister musiał podejmować decyzję w świetle jupiterów. Okazało się, że ministerialna ostrożność okazała się przesadną. Powołując biegłych, minister złamał zwyczajnie prawo. Złamał też dobre obyczaje.

Sąd przesunął lekko granice naszej wolności. Jeśli mamy prawo wierzyć w cokolwiek (w granicach prawa!) oraz mamy prawo powoływać związki wyznaniowe, które będą miały podobne prawa jak „duże” kościoły, możemy wykorzystywać prawo do osiągnięcia naszych celów. Jest obowiązek nauczania w szkołach religii jednego Kościoła (choćby największego)? Dobrze, ale proszę liczyć się z tym, że pewnego dnia będzie obowiązek nauczania historii o Wulkanie Piwa. Chcemy biskupa podczas oficjalnej państwowej uroczystości? Nie ma sprawy, nasz wielebny z durszlakiem na głowie, też się pofatyguje.

Nie obiecywałbym sobie na razie zbyt wiele po tym wyroku, ale doświadczenia ze Stanów Zjednoczonych pokazują, że nawet niewielkie i marginalnie działające kościoły pastafariańskie mogą stanowić czasami istotny hamulec dla zapędów niektórych fanatyków religijnych. Drodzy fanatycy, jakąkolwiek byście bzdurę wymyślili, pamiętajcie, że my jesteśmy większymi fanatykami i też mamy wyobraźnię. I to jaką!

Pisane wieczorem 8 kwietnia 2014, po wyroku WSA

Krzysztof Leszczyński

0
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

One comment on “Czy…?

  1. poltiser on said:

    Podążacie Państwo śladami polskiej dyplomacji, innowierców, poddanych Korony bronił w Konstancy przed zakusami krzyżowców w 1415 roku Paweł Włodkowic, wsparty całą potęgą militarną Królestwa Obojga Narodów…
    Uzasadniał obowiązek władcy do obrony WSZYSTKICH praworządnych obywateli bez względu na ich wyznanie!
    ;-)