Credo niewierzącego

c1e9c463-d06e-46f6-b9f2-d0b7fc73765f_260x

Film „Bóg nie umarł” pokazuje świat z chrześcijańskiej perspektywy, wyciska łzy z oczu i świetnie się ogląda – pisze red. Terlikowski na poświęconym portalu „Fronda”. Obejrzałem (prawda, nie kierując się tą rekomendacją; raczej przez przypadek). Łzy nie uroniłem, zaś filmowa wersja chrześcijańskiej perspektywy nie wzbudziła we mnie nic prócz lekkiego zażenowania. Ale to zrozumiałe. Należę do tych tak wspaniale odmalowanych przez reżysera (Harold Cronk) szwarccharakterów, którzy nie dostąpili łaski wiary bądź ją utracili.

Głosu bym nie zabrał, gdyby przesłanie filmu nie było aż tak jednoznaczne: ateiści to niezdolni do miłości, samolubni i agresywni osobnicy pozbawieni wszelkich zasad moralnych. Kto nie kocha Jezusa, jest degeneratem (biznesmen Mark), charakteropatą (profesor Radisson), a w najlepszym razie nieszczęśliwą zbłąkaną owieczką (ojciec Aiszy). Za to modelowy wyznawca (Willie Robertson)  już na tym świecie cieszy się szczególnymi względami Opatrzności i opływa w dostatek, mimo iż jego dochodowy biznes (gadżety do polowania na kaczki) trudno nazwać etycznie nieskazitelnym.

Cronka wizja niewierzących jest tak absurdalna, że choć do nich należę nie czuję się urażony. Jego film nie tyle mnie obraża, co przeraża. Uświadamia mi bowiem, że porozumienie z tymi, którzy dają mu wysokie oceny (a sądząc z wpisów na forach jest ich wielu) byłoby skrajnie trudne, a może nawet nieosiągalne. Jeżeli więc spróbuję wyłożyć swoje „credo niewierzącego”, to w nadziei, że przynajmniej dodam otuchy myślącym podobnie jak ja, którzy z różnych względów nie ujawniają swoich poglądów.

Nie trzeba wielkiej dociekliwości, by przekonać się, że święte księgi i tradycje religijne przeczą sobie nawzajem, i to w sprawach zasadniczych. Na przykład, dla chrześcijan Jezus jest Bogiem, dla muzułmanów tylko jednym z wielu proroków, zaś dla wyznawców judaizmu już tylko jednym z wielu fałszywych mesjaszy. Drugi przykład: według Kościoła rzymskokatolickiego i niektórych innych Kościołów chrześcijańskich każdego z nas obciąża grzech pierworodny, co wypacza naszą naturę do tego stopnia, że jedynie łaska boska gwarantuje zbawienie. Natomiast w islamie człowiek rodzi się bez grzechu i tylko od niego zależy, czy wytrwa w tym stanie aż do śmierci. Podobnie naucza judaizm.

I przykład trzeci, bodaj najważniejszy. Fundamentem chrześcijaństwa jest przekaz o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa  (Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara; 1 Kor 15.17). Gdyby ktoś udowodnił, że Jezus naprawdę zmartwychwstał, zapewne wszyscy zostaliby jego wyznawcami. Jednakże sam tylko przekaz trudno uznać za dowód. Nawet  św. Tomasz, któremu pozostali apostołowie oznajmili widzieliśmy Pana, stwierdził jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę (Jan 20.25). Proszę zauważyć, nie został potępiony. Sam tylko przekaz biblijny trudno uznać za dowód tym bardziej, że w najmłodszej z trzech ksiąg natchnionych przez tego samego Boga, czyli w Koranie, czytamy nie zabili go ani nie spowodowali jego śmierci na krzyżu; ci, którzy mają w tym względzie różne zdanianie posiadają o tym pewnej wiedzy, lecz tylko słuchają domysłów (Sura 4, wers 158, tekst wg  http://www.alislam.pl/islam/koran_ksiega_islamu/wersja_koranu_online). Doprawdy trudno mi pojąć, dlaczego przekaz koraniczny miałby mieć mniejszą wagę niż biblijny – w końcu dla ponad półtora miliarda muzułmanów Koran jest objawieniem ostatecznym, korygującym błędne interpretacje objawień wcześniejszych.

Wątpliwości związane z pismami objawionymi mógłbym jeszcze długo wyliczać, nie wniosłoby to jednak nic do meritum. Bledną one zresztą wobec graniczącego z pewnością podejrzenia, że jeśli w ogóle istnieje jakaś transcendentna istota, to w najlepszym przypadku jesteśmy jej obojętni.

para galaktyk

para galaktyk

Zacznijmy od astronomii i naszego kosmicznego podwórka. Układ Słoneczny z planetami, które statecznie poruszają się po dobrze określonych orbitach, przedstawia się nam jako oaza stabilności i spokoju. Niestety, to tylko złudzenie, spowodowane tym, że w kosmicznej skali czasu jesteśmy jętkami jednodniówkami, które nie mają pojęcia o jutrze. Za dwa-trzy miliardy lat Słońce rozedmie się i pojaśnieje w takim stopniu, że oceany się zagotują, a za mniej więcej pięć miliardów pochłonie naszą planetę (o ile wcześniej Merkury, Wenus i Ziemia nie zderzą się i nie zmielą na kosmiczny gruz, co według najnowszych oszacowań może się zdarzyć z prawdopodobieństwem ok. 2%).

Oczywiście można pomyśleć: to nie nasz problem. Zgoda, ale inne kosmiczne zagrożenia mogą ziścić się o wiele wcześniej. Wystarczy popatrzeć na ospowatą tarczę Księżyca. Każda blizna na niej – to ślad po potężnym impakcie. Księżyc i Ziemia od chwili swych narodzin były bombardowane asteroidami. Ten kosmiczny ostrzał trwa w najlepsze, czego dowodzi choćby przypadek Czelabińska. W lutym 2013 roku nad tym milionowym miastem eksplodowała asteroida wielkości autobusu, wyzwalając 20-30 razy więcej energii niż bomba, która zniszczyła Hiroszimę. Szczęśliwie dla jego mieszkańców, niepożądany kosmiczny gość poruszał się prawie równolegle do powierzchni Ziemi i większość jego energii została pochłonięta w górnych warstwach atmosfery. Gdyby poruszał się prostopadle, Czelabińsk już by nie istniał. A znamy tysiące nieporównanie większych asteroid, zdolnych do wywołania katastrof w skali całego ziemskiego globu.

Słońce jest jedną z 200 mld gwiazd składających się na naszą Galaktykę, Drogę Mleczną. Gwiazdą ani małą, ani dużą, po prostu przeciętną. W Drodze Mlecznej znamy około 2 tys pozasłonecznych układów planetarnych (ta liczba szybko rośnie). Statystyczna, ale potwierdzona na różne sposoby ekstrapolacja pozwala stwierdzić, że planet jest dużo więcej niż gwiazd; mamy też poważne przesłanki by spodziewać się, że na wielu z nich istnieją jakieś formy życia.

Oprócz Drogi Mlecznej istnieją inne galaktyki, które można sobie wyobrażać jako wyspy materii na oceanie próżni. W dostępnej naszym obserwacjom części Wszechświata jest co najmniej sto miliardów takich wysp, pełnych planet i – najprawdopodobniej – rozwijającego się na tych planetach życia. Liczne galaktyki zderzają się, wypluwając gigantyczne strugi materii rozpędzonej prawie do szybkości światła. Wewnątrz galaktyk gwiazdy eksplodują i zamieniają planety w parę lub wyrzucają je w międzygwiazdową pustkę. Organizmy zamieszkujące te planety są smażone żywcem lub skazywane na długą agonię spowodowaną brakiem światła i pożywienia.

Mgławica Krab

Mgławica Krab

Krótko mówiąc – w każdej skali, od planet po gromady galaktyk, Wszechświat chaotycznie ewoluuje od jednej katastrofy do drugiej. A wszak to z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę (Mdr 13.5). Stanisław Lem, jeden z najbystrzejszych ludzi, jakich wydał nasz kraj, powiedział w wywiadzie dla Science Fiction Studies Jestem ateistą z powodów moralnych. Dzieło świadczy o stwórcy, a świat wydaje mi się urządzony tak boleśnie, że wolę wierzyć, iż nie został przez nikogo stworzony, niż myśleć, że ktoś go stworzył intencjonalnie.

Równie wielki, albo i większy ładunek sceptycyzmu wobec pism objawionych niesie biologia. Dzięki nauce wiemy, że życie pojawiło się na Ziemi ok. 3.5 mld lat temu. Z upływem czasu rosła złożoność organizmów i ich układów nerwowych, czemu towarzyszył istny holokaust żywych istot i ich niewyobrażalne cierpienia. Jak przyjmują biolodzy, na każdy żyjący obecnie gatunek przypada co najmniej sto wymarłych.

Krater Pingualuit

Krater Pingualuit

Niektóre gatunki zniknęły z powodów nam nieznanych (tak się na przykład stało 540 mln lat temu z przedziwną fauną ediakarańską); inne wyginęły w globalnych katastrofach spowodowanych przez uderzenia asteroid lub wybuchy superwulkanów. 65 mln lat temu jedna z tych katastrof najprawdopodobniej spowodowała zagładę dinozaurów i oddała Ziemię we władanie ssakom.

Gdybyśmy skrócili całą historię Wszechświata do jednej doby, era ssaków rozpoczęłaby się o 23:54, a my pojawilibyśmy się na Ziemi na sekundę przed północą. Z takiej perspektywy wydajemy się być raczej produktem ubocznym niż celem kosmicznej ewolucji. Tym bardziej, że nawet ten superkrótki okres ludzkiej egzystencji nie minął spokojnie. 70 tys. lat temu zostaliśmy zdziesiątkowani przez wybuch superwulkanu Toba, który wyrzucił 2800 km3 lawy i popiołów, nie wspominając o trujących gazach.

Jezioro Toba

Jezioro Toba

30 tys. lat temu całkowicie wyginęli nasi najbliżsi kuzyni, Neandertalczycy. Można podejrzewać, że nie bez niewielkiej pomocy z naszej strony, ale przedtem zdążyliśmy się z nimi skrzyżować, absorbując niektóre ich geny.

Jeśli istnieje ktoś odpowiedzialny za to wszystko, trudno uwierzyć w miłość, jaką ma ku nam (1J 4.16). I trudno powstrzymać się od zacytowania ostatecznej wiadomości od Boga dla Jego stworzenia, spisanej z angielskim sarkazmem przez Douglasa Adamsa w czwartym tomie „Autostopem przez Galaktykę”: We apologize for the inconvenience (przepraszamy za utrudnienia).

Prawda, niektórym wiedza nie przeszkadza w wierze. Dobrym przykładem jest tu Francis Collins, wybitny genetyk amerykański i kierownik Human Genome Project, a jednocześnie głęboko wierzący ewangelik i założyciel fundacji BioLogos, którą powołał, by głosić harmonię między nauką i przekazem biblijnym. Ja tej harmonii nie widzę. Jeżeli już ktoś chce łączyć naukę i wiarę, to nie wydaje mi się, by mógł to zrobić lepiej niż O. George Coyne, jezuita i kapłan katolicki, a jednocześnie wieloletni dyrektor Obserwatorium Watykańskiego i astrofizyk z poważnym dorobkiem naukowym. W jednym ze swoich wykładów Coyne stwierdził: Z jednej strony, nauka jest całkowicie neutralna wobec teistycznych czy ateistycznych implikacji wyników badań. Z drugiej strony, naukowe zrozumienie Wszechświata stwarza wspaniałą możliwość do refleksji nad naszymi wierzeniami. Zaś w rozmowie z Richardem Dawkinsem wypowiedział zdanie, za które wielu (zwłaszcza w Katolickiej Polsce) potępiłoby go jako heretyka: Sądzę, że zawsze będzie niewłaściwe, by jakaś tradycja religijna utrzymywała, iż zna absolutną i ostateczną prawdę, a prawdziwe przesłanie Boga jest skierowane tylko do jej wyznawców (…) To, co mamy, nie jest prawdą absolutną i ostateczną.”

Innymi słowy – według Coyne’a religie mają do zaoferowania tylko modele transcendencji, tak jak nauka ma do zaoferowania tylko modele świata (w naukowym żargonie model znaczy mniej więcej tyle, co przybliżenie). Od dawna wiadomo, że dwa całkowicie różne modele naukowe mogą być jednakowo ważne i dobre, na przykład falowy i korpuskularny model elektronu. Więc, drodzy wierzący, czy zamiast roztrząsać doktrynalne różnice nie lepiej skupić się na wspólnym dla wszystkich wyznań przesłaniu, pod którym mogą się podpisać także agnostycy i ateiści? Brzmi ono niezwykle prosto: bądźmy dla siebie życzliwi!

Michał Różyczka – astronom, profesor w Centrum Astronomicznym im. M. Kopernika PAN. Współpracownik Wiedzy i Życia, Świata Nauki oraz Polityki. Gdy nie zajmuje się gromadami kulistymi, jeździ na rowerze lub statecznie spaceruje na biegówkach.

5
  

About admin

Administrator
Bookmark the permalink.

Comments are closed.